2026/09/09



Wrześniowy dramat na Osikówce w Puszczy Niepołomickiej w świetle dotychczas niepublikowanych niemieckich dokumentów archiwalnych


87 lat temu, 1 września, wybuchła w Polsce II wojna światowa. Zapoczątkowały ją około 4:40 (według innej wersji – 5:40) niemiecki nalot bombowy na Wieluń i – późniejszy o kilka minut – ostrzał armatni  Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte z okrętu pancernego Schleswig-Holstein. Jednak ujawnione kilka lat temu w Instytucie Polskim i Muzeum im. gen. Sikorskiego dokumenty (telegramy Armii Kraków) przemawiają za tezą, że oddziały Wehrmachtu już około godziny 3:14 przekroczyły granicę polską na Górnym Śląsku, a około 3:30 doszło do pierwszych starć z Wojskiem Polskim na przedpolach Rybnika. 

Osiem dni później na uroczysku Osikówka w Puszczy Niepołomickiej i Cikowicach w walce z przeważającymi siłami niemieckimi poległo co najmniej sześćdziesięciu polskich żołnierzy. Dramatyczny przebieg tamtych wydarzeń znaliśmy dotąd z polskich źródeł – a co mówią na ten temat dotąd niepublikowane niemieckie dokumenty?


Historia III batalionu 5 pułku strzelców podhalańskich (III batalionu 156 pułku piechoty rezerwy) 

156 pułk piechoty rezerwy został sformowany w ramach mobilizacji alarmowej i powszechnej pod koniec sierpnia 1939 r. W jego skład weszły: dowództwo pułku i I batalion utworzony przy 1 pułku strzelców podhalańskich (psp) w Nowym Sączu, II batalion – stworzony z II batalionu 2 psp w Sanoku i III batalion – sformowany na bazie III batalionu 5 psp w Przemyślu z dowódcą mjr. Januszem Rowińskim (1899-1994), byłym legionistą, członkiem POW, kawalerem Orderu Virtuti Militari). III batalion przemyskiego psp nigdy nie walczył w składzie macierzystego pułku i nigdy do niego nie dołączył. 

Pododdział został wyładowany w Zabierzowie koło Krakowa 2 września, jako ostatni w transporcie przemieszczającym się trasą Tarnów–Kraków w kierunku Trzebini. Na rozkaz dowódcy Armii Kraków gen. Antoniego Szylinga skierowano go na Wieliczkę, aby dołączył do przewidzianej dla niego nowej jednostki, tj. 156 pułku piechoty rezerwy ostatecznie skoncentrowanego w rejonie miejscowości Łazany niedaleko Wieliczki. 



Pierwsze walki 

4 września 156 pp rez. został przydzielony do 10 Brygady Kawalerii Zmotoryzowanej i miał za zadanie przejąć obronę na przedpolu Dobczyc. 5 września pułk wszedł do walki, a jednym z jego zadań była osłona odwrotu Armii Kraków. Jego II i III batalion (b. III bat. 5 psp) dostał się pod zmasowany ostrzał artyleryjski. Po ustaniu zwycięskich walk I batalionu i 24 pułku ułanów 156 pp rez. pozostał na stanowiskach do następnego dnia. 6 września pułk został okrążony przez niemiecką 3 Dywizję Górską oraz grupę z 2 Dywizji Pancernej. Sytuacja była beznadziejna. Dowódca rozkazał dowodzącym batalionami podjęcie prób przebijania się z okrążenia w kierunku Bochni, dokąd sam wcześniej skierował się ze swoim sztabem. Według innej wersji – wobec zerwanej łączności z dowódcą pułku dowódca III batalionu mjr Janusz Rowiński sam podjął decyzję o odwrocie w kierunku Bochni. 

W związku z dużą dynamiką natarcia Niemców doszło do chaosu decyzyjnego w pododdziale. Zamiast zajęcia pozycji obronnych pomiędzy Książnicami i Niegowicią (pierwsza decyzja), zdecydowano się na przerzucenie batalionu na prawy brzeg Raby. Następnie, w godzinach popołudniowych, nastąpił powrót na lewy brzeg rzeki do Książnic, gdzie baon spędził noc z 6 na 7 września. Rano, po walkach z Niemcami i odskoku, Rowińskiemu udało się powrócić z żołnierzami na drugi brzeg Raby i ukryć w lesie koło Cichawki. Mjr Rowiński jeszcze wieczorem wezwał na odprawę dowódców kompanii i plutonów. Przedstawił im trudną sytuację batalionu, ujawniając przy tym swój zamiar przedzierania się pod osłoną nocy i lasów do Puszczy Niepołomickiej, a następnie na lewy brzeg Wisły, gdzie spodziewał się oddziałów polskich. Dowódcy kompanii otrzymali rozkaz uporządkowania oddziałów i sprzętu oraz zaostrzenia dyscypliny marszowej tak, aby w razie zetknięcia się z Niemcami batalion mógł w zdecydowany sposób przejść do walki na bagnety i granaty. 

Odznaka 5 Pułku Strzelców Podhalańskich. Źródło: Wikipedia


Marsz w kierunku Puszczy Niepołomickiej 

Nastrój w batalionie nie był dobry. Żołnierze – głodni, zmęczeni i niewyspani – kładli się na ziemię podczas każdego odpoczynku. W większości mieli odparzone stopy, bo od początku wojny nie zdejmowali nowych trzewików. Niektórzy z powodu gorączki i pragnienia pili wodę z przydrożnych rowów i kałuż, co z kolei powodowało biegunkę. W baonie spadało morale. Zdarzały się przypadki samowoli i lekceważenia rozkazów dowódców (chociażby zakłucie bagnetami Austriaka wziętego wcześniej do niewoli – wbrew zakazowi znęcania się nad nim wydanemu przez dowódcę). 

Przebywający w lesie żołnierze słyszeli warkot motorów i inne odgłosy kolumn niemieckich przemieszczających się po drogach. W tych warunkach marsz batalionu mógł się odbywać powoli, nocą, po bezdrożach. Po porzuceniu taborów i zakopaniu w lesie sprzętu wojskowego uznanego za zbędny (głównie części amunicji, granatów i moździerzy) pododdział kontynuował marsz dalej w kierunku północnym. Z 7 na 8 września szpica batalionu stoczyła potyczkę z pododdziałem niemieckim we wsi Rawa. Przemarsz odbywał się dalej nocą przez Sobolów, Grabinę, Nieszkowice Małe, Chełm. 


W Puszczy Niepołomickiej

9 września przed świtem batalion przeszedł wpław przez Rabę i dotarł na skraj lasu między Stanisławicami a Kłajem. Do Puszczy Niepołomickiej wszedł około 5:30, przekroczywszy tor kolejowy obok budki kolejowej w Kłaju. Część żołnierzy pozostała nad Rabą w Cikowicach. Według jednej z wersji mieli oni stanowić ubezpieczenie, a według innej było to przypadkowe odłączenie się od pododdziału. Cały przemarsz odbywał się marszem ubezpieczonym. Okoliczna ludność chętnie służyła za przewodników i udzielała informacji o ruchach wojsk niemieckich, dzięki czemu nie doszło do starcia z Niemcami. 

Po wkroczeniu do Puszczy batalion maszerował kilka kilometrów dalej szerokim duktem i rozłożył się na wypoczynek w rejonie uroczyska Osikówka, w pobliżu Poszyny, dawnej puszczańskiej osady (obecnie z ośrodkiem hodowlanym żubrów). Na spodziewanych kierunkach zagrożenia wystawiono ubezpieczenie. Tu doszło do sprzeczki dowódcy batalionu z dowódcą 9 kompanii por. Fularzem, który chciał wystawić placówki ochronne. Mjr Rowiński zdecydował, że wystarczą tylko warty oddalone kilkadziesiąt metrów od obozowiska, gdyż chciał mieć w lesie podkomendnych w maksymalnym skupieniu. Żołnierze po wyżęciu z wody mundurów i bielizny, przemoczonych w czasie przeprawy przez Rabę, ułożyli się do upragnionego wypoczynku. Zasypiali ufni, że skoro znajdują się u siebie w kraju i między swoimi, nic im nie grozi lub że zostaną w porę ostrzeżeni o ewentualnym zagrożeniu. Por. Fularz postanowił jednak sprawdzić czujność wart. Okazało się, że zmęczeni żołnierze zasnęli na posterunkach. Oficerowi pozostało delikatnie ich obudzić i przypomnieć o znaczeniu warty w tej szczególnej sytuacji. 


Zdrada 

Według jednej z wersji (tj. relacji przedwojennego oficera rezerwy WP Józefa Rerutkiewicza, późniejszego członka lokalnego ruchu oporu) przemarsz batalionu przez Puszczę zauważyła młoda kobieta ze Stanisławic, była robotnica sezonowa w III Rzeszy o nazwisku Węglowa. Miała podzielić się swoim spostrzeżeniem z pracownikiem tartaku w Kłaju, Materną z Dołuszyc (od 1942 r., jako volksdeutsch, funkcjonował pod nazwiskiem Mattern). Materna podał Niemcom informacje o rozmieszczeniu baonu w lesie i zapewne o sposobie ubezpieczenia, a także przejezdności dróg leśnych. Według innego przekazu Materna sam zauważył przemieszczający się polski pododdział i miejsce jego biwakowania. 

Przebieg starcia według polskich źródeł 

Około 14:00, po uzyskaniu informacji o położeniu polskiego baonu, oddziały niemieckie dowodzone przez Roberta Kocha, przeważające polski batalion liczebnością kilkukrotnie, podsunęły się skrycie. Wykorzystały przy tym gęste poszycie leśne. Po zlikwidowaniu czterech żołnierzy ubezpieczenia, podchodząc tyralierą na odległość rzutu granatem, zaatakowały odpoczywający baon mjr. Rowińskiego. Kiedy żołnierze zaczęli zrywać się ze snu, chwytać za broń i gorączkowo porządkować oporządzenie, spadła na nich lawina pocisków z karabinów maszynowych i wybuchające granaty. Zaskoczenie było kompletne, obrona – nieprzygotowana. Część ciężkich karabinów maszynowych – pomimo postoju – nadal była przytroczona do uprzęży końskiej. Zapewne zmęczeni przemarszem żołnierze nie mieli siły zająć się nimi przed snem. Marzyli przecież jedynie o błogim, chociażby krótkim odpoczynku... 

Niemcy, przebiegając między drzewami, prowadzili intensywny ogień skierowany na Polaków. Wprowadzili też do akcji wóz opancerzony, który z drogi leśnej kosił seriami nasze pozycje. Niektórzy żołnierze w samej bieliźnie stanowili idealny cel. Po opanowaniu pierwszego zaskoczenia dowódcy starali się przerwać bezwładną strzelaninę i kierować ogień do celów, które wskazywali. Jednak w tak potężnym chaosie dowodzenie siłami było praktycznie niemożliwe. Jedynie tych żołnierzy, którzy byli w zasięgu komend, prowadzili do walki wręcz. 

Nasilenie walki chwilami słabło lub wzmagało się, potężniały wybuchy granatów to po jednej, to po drugiej stronie postoju baonu. Mimo zaciętej obrony nierówny bój zakończył się porażką batalionu. Polscy żołnierze zostali rozbici przez przeważające siły wroga. Na pobojowisku w lesie zostało 56 zabitych i śmiertelnie rannych Polaków. Niemcy przed odejściem z pola walki dobijali ich strzałami i bagnetami z wściekłości za poniesione straty. Świadczyło o tym fakt, że po walce niektórzy zabici mieli świeżo zabandażowane rany. Czterech Polaków zostało zabitych w Cikowicach. 

Po stronie niemieckiej miało być trzydziestu kilku rannych. Niemcy nakazali ocalałym polskim żołnierzom załadować ich na ciężarówki. Polskie źródła nie podają, ilu żołnierzy Wehrmachtu poniosło śmierć. Po tym, jak podhalańczycy wykopali dla nich groby, kazano im położyć się twarzą do ziemi, by nie widzieli przebiegu pochówku.

Części żołnierzy polskiego baonu udało się wyrwać z okrążenia i dotrzeć na skraj Puszczy od strony Chobotu. Na chwilę schronili się u miejscowych, m.in. u sołtysa wsi, Franciszka Klimy, ale odnaleźli ich Niemcy i jako jeńców umieścili w polowym szpitalu w Niepołomicach oraz w bocheńskich koszarach. Inni – około trzydziestu żołnierzy 7 kompanii strzeleckiej wraz z mjr. Rowińskim i ppor. Machallą – dotarli w okolice Niepołomic i na rozkaz dowódcy zakopali część broni. Mjr Rowiński, przebrany w cywilne ubranie, schronił się na plebanii w Zabierzowie Bocheńskim, zalecając ochotnikom przebijanie się do Lwowa. 


Przybliżony obszar walk 9 września 1939 r.  w Puszczy Niepołomickiej

Po ustaniu walk i odejściu Niemców miejscowa ludność wraz z siostrami PCK pochowała zabitych w zbiorowej mogile na Osikówce (według innej wersji – zbiorowego pochówku dokonano po ekshumacji zwłok z kilku miejsc pierwotnych pochówków). Ciała czterech polskich żołnierzy złożono na cmentarzu parafialnym w Cikowicach. 

Jak napisał po wojnie w swoich wspomnieniach Leopold Wójcik, były podwładny mjr. Rowińskiego, por. Fularzowi udało się zbiec z niewoli niemieckiej. Walczył w Armii Krajowej i przeżył wojnę. Według relacji Fularza mjr Rowiński został ujęty przez Niemców i miał zostać zamordowany przez nich w 1940 r. 

Jeszcze inna wersja zdarzeń została przedstawiona w Biuletynie nr 3 Sztabu Naczelnego Wodza w Paryżu. Według tego źródła w szeregach III batalionu 156 pp rezerwy znaleźli się niemieccy dywersanci przebrani w polskie mundury, pod legendą, że są rozbitkami z innych pułków. Mieli oni naprowadzić Niemców na odpoczywający w lesie polski pododdział.


 

Zapis w Biuletynie nr 3 Sztabu Naczelnego Wodza dotyczący dywersji niemieckiej w szeregach 156 pp w Puszczy Niepołomickiej. Udostępnił Krzysztof Sojka

Niemiecka wersja historii

Według źródeł niemieckich ujawnienie polskiego poddodziału, przebieg walk i straty obu stron przedstawiały się inaczej. Nie wszystko w dokumentach jest czytelne, jednak można z nich wyczytać sporo szczegółowych informacji.


Fragment monografii 44 Infanterie Division (niemieckiej 44 Dywizji Piechoty), dotyczący starcia III batalionu 134 Infanterie Regiment (134 pułku piechoty) z III batalionem 5 psp na Osikówce 9 września 1939 r. W tym fragmencie jest mowa o 120 polskich jeńcach, ale w oryginalnym meldunku 44 ID Niemcy podają 120 zabitych polskich żołnierzy a jeńców 37. Udostępnił Krzysztof Sojka

Przede wszystkim z dokumentów 44 Infanterie Division (44 dywizja piechoty, 44 ID) nie wynika, aby zlokalizowanie odpoczywających polskich żołnierzy było rezultatem donosu (czego jednak wykluczyć nie można). Pododdziałem niemieckim, który stoczył walkę z naszymi żołnierzami, był III batalion Infanterie Regiment 134 (134 pułku piechoty). Wcześniej otrzymał on ze sztabu dywizji (od godziny 18:00 7 września do 16:00 następnego dnia stacjonującym w budynku szkoły powszechnej w Podłężu) rozkaz „oczyszczenia” Niepołomic z wojsk polskich. Następnie z Zabierzowa przemieszczał się przez Puszczę Niepołomicką w kierunku na wschód od Niepołomic. Około 16:30, 4 kilometry na północ od Stanisławic (na Osikówce), 12 kompania tego pułku idąca na końcu szyku została zaatakowana przez żołnierzy III bat. 5 psp przebywających pomiędzy punktami 207 i 211 (obecnie 1207 i 1211 – przyp. autora). Niemiecki kapral odpowiedzialny za prowiant dla koni przemieszczał się w poszukiwaniu paszy dla zwierząt i został zauważony przez polską czujkę. 

Nie wiadomo, czy atakujący zdawali sobie sprawę z przeważających sił przeciwnika i w którym momencie zaobserwowali jego przemieszczanie się. Pozostałe kompanie niemieckiego batalionu również włączyły się do walki, w wyniku czego część polskich żołnierzy zginęła lub została ranna, część została wzięta do niewoli, a część zdołała przebić się w kierunku Zabierzowa (jak opisano wyżej), będąc ścigana przez około trzy kilometry. Pościgu zaniechano, gdy uciekający spowodowali jakiś duży wybuch (nie ustalono, co to było). 

Jak wynika z drugiego meldunku 44 ID do dowództwa XVII Armijnego Korpusu, Niemcy dowiedzieli się od polskich jeńców przesłuchiwanych od 17:00 do późnej nocy, że w tym obszarze znajduje się około 400 naszych żołnierzy (trzy kompanie strzelców górskich i kompania karabinów maszynowych) pod dowództwem majora i kapitana (chodziło o mjr. Rowińskiego i kpt. Szymańskiego – autor), którzy dopiero co spożyli posiłek. Z innych zeznań jeńców wynikało, że nasi żołnierze nie jedli od 4–5 dni.

W meldunku Niemcy informowali o potyczce w punkcie 212 (1212) z niewielkim polskim oddziałem (prawdopodobnie było to pół kompanii), w wyniku której ranni zostali niemieccy wachmistrz i kapral. Z niemieckich relacji wynika, że po przybyciu posiłków (patrolu rozpoznawczego pod dowództwem mjr. Holteya) szwadron kawalerii wziął do niewoli co najmniej dwóch poruczników, jednego lekarza oraz 37 podoficerów i szeregowych. Być może był to rezultat nakłonienia naszych żołnierzy przez polskiego oficera (jeńca) do poddania się. Oficer ten przybył do pododdziału w towarzystwie oficera niemieckiego, ubezpieczanego przez dwóch żołnierzy z lekkimi karabinami maszynowymi. Niemcy przyznali, że Polacy wzięli do niewoli ich dwóch podoficerów (z 138 i 139 IR), których uwolnili. Jeden z nich zmarł w wyniku odniesionych ran.




Fragmenty meldunków 44 Infanterie Division (44 ID) do XVII Armee Korps (XVII AK) dotyczące m.in. okresu stacjonowania sztabu dywizji w szkole powszechnej w Podłężu. Ze zbiorów Centralnego Archiwum Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej

Wykazane straty po stronie niemieckiej to siedmiu zabitych, 20 rannych i 24 zabite konie z 134 IR. Te dane można przyjąć za wiarygodne, gdyż w dokumentach wojskowych Niemcy nie fałszowali swoich strat. Nie wiadomo, czy i jakie straty ewentualnie poniosły inne niemieckie pododdziały. Natomiast podawane według Wehrmachtu straty polskie –120 ofiar śmiertelnych – mają charakter szacunkowy. Są dwukrotnie wyższe od tych raportowanych w polskich źródłach. Nie można jednak wykluczyć, że nasze dane – 60 zabitych Polaków – są zaniżone. Nie mamy bowiem pewności, że wszystkie ofiary zostały ekshumowane z pierwotnych miejsc pochówku i złożone w zbiorczej mogile.




Fragment meldunku 44 ID do XVII Armee Korps dotyczący strat własnych i po stronie polskiej, informacji o rzekomym ujawnieniu polskiej amunicji „dum-dum”, pościgu za polskim pododdziałem, składzie polskiego batalionu (trzy kompanie strzelców i kompania karabinów maszynowych) oraz dwóch niemieckich podoficerach uwolnionych z polskiej niewoli, z których jeden zmarł. Ze zbiorów Centralnego Archiwum Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej

W meldunku XVII Armee Korps do dowództwa 14. Armii liczba rannych Niemców wzrosła do 24.


Fragment meldunku XVII Armee Korps do dowództwa 14. Armii z większą liczbą rannych Niemców. Ze zbiorów Bundesarchiv

W największym z obozowisk polskie go batalionu Niemcy znaleźli duże ilości płaszczy i wyposażenia wojskowego, pięć ciężkich karabinów maszynowych, dwa karabiny przeciwpancerne (bardzo skuteczne w swojej klasie, polskie UR 35), karabiny oraz duże ilości amunicji. Wśród niej – rzekomo amunicja typu „dum-dum”, zakazana przez Konwencję haską z 1907 r. 

Warto podkreślić, że Wojsko Polskie nie posiadało na stanie takiej amunicji. Nie można jednak wykluczyć nielegalnych przeróbek normalnej amunicji karabinowej. Można było nadać jej cechy „dum-dum” poprzez krzyżowe nacięcia pocisku lub odcięcie jego szpiczastej części. Najprawdopodobniej jednak Niemcy za amunicję „dum-dum” uznali pełnopłaszczowe, ołowiane naboje do UR 35 o kalibrze 7,92 mm, które nie posiadały twardego rdzenia. Bardzo silny ładunek i długa lufa zapewniały dużą prędkość początkową pocisku, a co za tym idzie – jego dużą energię kinetyczną.





Fragment meldunku 44 ID do XVII Armee Korps dotyczący m.in. wzięcia do niewoli dwóch polskich poruczników, jednego oficera-lekarza, 37 podoficerów i szeregowych, informacji uzyskanych od polskich jeńców o liczebności sił polskich w obrębie punktów 207 i 211 w Puszczy Niepołomickiej, „zdobyczy” z obozowiska w punkcie 212, rannych żołnierzy niemieckich, a także próby nakłonienia polskich żołnierzy do poddania się. 

Polegli na polu chwały 

Na cmentarzu wojennym na Osikówce spoczywają polegli w walce z Niemcami: kpt. Edward Szymański – dowódca 3 komp. CKM, st. sierż. Stanisław Paprzycki – szef kompanii CKM, strz. Stanisław Maciąg, ppor. rez. Stefan Danczak, strz. Jan Majoch, ppor. rez. Jan Wróblewski, strz. Stanisław Mikrut, plut. Jan Mryc, strz. Jan Mytnik, plut. Jan Harmata, strz. Julian Oczkowicz, plut. Józef Rojkowski, strz. Stanisław Ordon, kpr. Stefan Dankowski, strz. Józef Ptak, kpr. Stefan Drużkowski z 2 pp KOP, strz. Edward Pyś, kpr. Stefan Kras, strz. Józef Rosiek, kpr. Wojciech Sitarski, strz. Józef Samek, kpr. Stanisław Szary, strz. Wacław Spadło, st. strz. Antoni Budz, strz. Władysław Smyczyński, strz. Jan Adamczyk, strz. Karol Szpak, strz. Bolesław Adamkiewicz, strz. Władysław Wilk, strz. Władysław Adamik, strz. Kazimierz Ryba, strz. Józef Damon, strz. Piotr Smotrycki, strz. Jan Doktorczyk, strz. Franciszek Surdel, strz. Józef Figiel, strz. Chaim Szermon, strz. Ignacy Groszek, strz. Jan Tabaka, strz. Władysław Holni, strz. Eugeniusz Woźny, strz. Karol Janeczko, nn stop. Stanisław Łapszycki, strz. Józef Kasperkiewicz, inż. Adam Daczyński, strz. Teodor Kotz, Sprężyna (bbd), strz. Marcel Kula, Skiernowicz (bbd) i siedmiu niezidentyfikowanych (razem 56). 

Pomnik na cmentarzu wojennym na Osikówce w Puszczy Niepołomickiej wzniesiony ku czci poległych żołnierzy III batalionu 5 psp. Fot. autor (2025)

Na cmentarzu parafialnym w Cikowicach zostali pochowani: strz. Bolesław Aleksandrowicz, strz. Władysław Karpiński, strz. Józef Samek i strz. Czesław Włodarski. 

Kpt. Edward Szymański, dowódca 3 kompanii CKM III bat. 5 psp, poległy na Osikówce. Źródło: Jarosław Kucybała, Osikówka, ostatni bój podhalańczyków, „Wiadomości Bocheńskie” nr 2/2009



Grób poległych podhalańczyków w Cikowicach. Fot. autor (2026)

Kara za zdradę 

Domniemany zdrajca, Mattern, został zlikwidowany przez egzekutorów z wielickiego obwodu krakowskiego Kedywu Armii Krajowej 21.05.1943 r. około 2:00 – na podstawie wyroku sądu specjalnego Polskiego Państwa Podziemnego. Zastrzelono go przy drzwiach wejściowych do domu. 

Po wykonaniu wyroku na Matternie do Kłaja przyjechało Gestapo. Córki Matterna – Sabina i Katarzyna – jako winnych za śmierć ojca wskazały Niemcom Piotra Wojasa i jego narzeczoną, którzy na skutek tego zostali aresztowani. Poza tym Matternówny żądały zdziesiątkowania mężczyzn w Kłaju, w szczególności robotników zatrudnionych w tartaku i składnicy amunicji. Żądaniu kobiet sprzeciwił się niemiecki oberleutnant (porucznik) ze składnicy, argumentując to tym, że czynu dokonali ludzie obcy, a nie mieszkańcy Kłaja. Niemiec przyznał ponadto, że po zgładzeniu Matterna, w nocy, otrzymał od egzekutorów pisemną groźbę srogiego odwetu w przypadku rozstrzelania kogokolwiek z Kłaja za śmierć volksdeutscha. Niemcy musieli się poważnie liczyć z zapowiedzią rewanżu ze strony podziemia, bo oficjalnie nie przeprowadzili akcji odwetowej. Doskonale zdawali sobie sprawę, że nie byliby w stanie zapewnić bezpieczeństwa wszystkim niemieckim pracownikom tartaku czy składnicy. 

Kolejnej nocy tartak został podpalony. Według ustaleń autora zamachu dokonali dwaj członkowie placówki Armii Krajowej „Węgorz” w Targowisku, wchodzącej w skład 12 pp AK Ziemi Bocheńskiej krypt. Wieloryb, zatrudnieni w kombinacie. Do podpalenia użyli świec fosforowych działających z dwugodzinnym opóźnieniem. Pożar objął również złożone w trumnie zwłoki Matterna, wystawione w tartaku przed mającym się odbyć uroczystym pogrzebem.


Komunikat Walki Cywilnej z 17.06.1943 r. zawierający m.in. informację dotyczącą zgładzenia Materny/Matterna. Źródło: Oddziałowe Archiwum IPN w Krakowie



Egzekucja Matterna i podpalenie tartaku były bezpośrednią przyczyną przyspieszenia realizacji gestapowskiego rozpracowania prowadzonego wobec miejscowego podziemia. Gestapo zrealizowało je w okresie 25–29 maja 1943 r. w Szarowie – w drodze prowokacji, z wykorzystaniem dwóch agentów, z których jeden był dobrze znany szarowianom i dlatego wzbudził u nich zaufanie (przebieg tych wydarzeń opisałem m.in. w książce „II wojna światowa W Staniątkach i okolicy”).

Jeden z synów Matterna, Jakub, w 1942 r. (po podpisaniu volkslisty) został funkcjonariuszem Sonderdienstu. Była to jednostka pełniąca rolę pomocniczą dla policji niemieckiej i innych służb bezpieczeństwa. Po wojnie Jakub Mattern mieszkał z żoną w Bochni. 30 maja 1945 r. został zatrzymany, następnie aresztowany i skazany na dwa i pół roku pozbawienia wolności za zgłoszenie przynależności do narodowości niemieckiej. Karę odbył w Centralnym Obozie Pracy w Jaworznie. Jego żona, Stanisława, za taki sam czyn została skazana na dwa lata więzienia. Drugi syn Matterna, Jan, był brygadzistą w tartaku. Został zapamiętany jako bezwzględny gnębiciel robotników.  


Postanowienie Prokuratora Specjalnego Sądu Karnego w Krakowie o odosobnieniu (umieszczeniu w obozie pracy) Jakuba Matterna. Źródło: Oddziałowe Archiwum IPN w Krakowie



Zasłużyli na chwałę i wieczną pamięć 

Oficerowie i żołnierze III batalionu 5 pułku strzelców podhalańskich (III batalionu 156 pułku piechoty rezerwy), układając się rankiem 9 września 1939 r. do snu na Osikówce, zasypiali w przeświadczeniu, że znajdują się w miejscu, gdzie Niemcy nie powinni ich zaskoczyć – przecież byli wśród swoich. Zawiodła ich czujność. Wobec dużej przewagi wroga nie mieli szans na zwycięstwo w potyczce, ani na wyjście z okrążenia bez strat. Przy swoim dowódcy, mjr. Rowińskim, zostali ci, którzy przeżyli wcześniejsze walki – najwierniejsi z wiernych przysiędze wojskowej, Ojczyźnie i narodowi polskiemu. Los rzucił ich na teren dzisiejszej gminy Kłaj z odległego powiatu przemyskiego i sąsiednich. Prawie wszyscy pochodzili z tamtych stron i karnie stawili się do miejsca mobilizacji pod koniec sierpnia 1939 r. w celu obrony kraju przed najeźdźcą. 

Miejscowe społeczeństwo, lokalne samorządy, służby, wojsko, instytucje, organizacje, parafie udowadniają, że polegli żołnierze pozostali na zawsze faktycznie wśród swoich. Corocznie zaświadczają o tym poprzez gromadzenie się w miejscu ich śmierci, by w modlitewnej zadumie i przy zachowaniu wojskowego ceremoniału oddać poległym cześć. Na tę cześć i wieczną chwałę zasłużyli.







W przypadku chęci wykorzystania opublikowanych w artykule treści czy zdjęć – proszę o wskazywanie źródła i linku do niniejszej strony.


2026/08/03


Siostry na wygnaniu

Staniątki w rządowej akcji „X2”

Zasadnicze wytyczne i metody walki władz komunistycznych z Kościołem katolickim w Polsce zostały opracowane już w latach 1944–45, a okres największych prześladowań przypadł na lata 1949–1956. Bardzo trudna sytuacja miała miejsce na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Tam w szczególnym zainteresowaniu władz pozostawały żeńskie zakony, którym przypisywano działalność rewizjonistyczną. Represje objęły również staniąteckie zgromadzenia sióstr benedyktynek i służebniczek, które zmuszono do zmiany miejsca działalności – po to, by umieścić w klasztorze i domu zakonnym siostry z województwa opolskiego. Między 31 lipca a 6 sierpnia 1954 r. staniąteckie benedyktynki zostały wywiezione do Alwerni.

 

Geneza akcji przesiedleńczej

Pretekstem do stosowania represji wobec zgromadzeń zakonnych działających na zachodzie Polski była weryfikacja narodowościowa związana z tożsamością regionalną, gdyż większość tych zakonów miała charakter autochtoniczny. Według ustaleń Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (UBP) siostry w tych zakonach powszechnie posługiwały się językiem niemieckim i stosunkowo niewiele z nich dobrze znało język polski. To wystarczało, by uznawać je za „element niemiecki”, a tym samym – podejrzany. Jawne deklarowanie narodowości i obywatelstwa niemieckiego (stwierdzono kilkanaście takich przypadków) władze postrzegały jako tendencje rewizjonistyczne inspirowane przez agenturę Niemiec Zachodnich. Za przejawy rewizjonizmu uznano również ogólnikowe zarzuty wobec sióstr dotyczące ukrywania i przerzucania do Niemiec osób poszukiwanych przez władze, a także rzekomą niechęć zakonnic do udzielania jakiejkolwiek pomocy medycznej ludności napływowej, co miało wzbudzać antagonizmy pomiędzy przybyszami a ludnością miejscową. Jednak działalności antypaństwowej terenowe UBP nie stwierdzały – co zresztą same przyznawały. Zarzucanie siostrom szerzenia ducha niemieckiego w zgromadzeniach było daleko idącym uogólnieniem, niezgodnym ze stanem faktycznym. Potwierdzały to późniejsze zeznania sióstr przesłuchanych w charakterze świadków – pokrzywdzonych.

W grudniu 1953 r. podczas krajowej odprawy kierowników wojewódzkich Referatów ds. Wyznań problem przesiedlenia z Ziem Odzyskanych duchownych rzekomo „prowadzących działalność rewizjonistyczną” podniósł premier Cyrankiewicz. Sprawa miała być przeprowadzona w taki sposób, jakby to była decyzja Episkopatu, a nie państwa – w ramach walki z Kościołem.


Przygotowania i wytyczne do „X2”

Akcji przesiedleńczej, której głównym celem była likwidacja zakonów m.in. na Opolszczyźnie, nadano kryptonim „X2” i opatrzono klauzulą „ściśle tajne”. Na początku zlecono funkcjonariuszom UBP, organizacjom partyjnym oraz organom administracji na szczeblu podstawowym takie działania, jak: inwigilacja, rozpoznanie liczbowe sióstr, domów zakonnych i rodzaju prowadzonych przez nich placówek, zorganizowanie aktywu osób niezbędnych do przeprowadzenia akcji, zabezpieczenie transportu samochodowego i kolejowego oraz wytypowanie i przygotowanie ośrodków internowania. W opisie obiektów wytypowanych do umieszczenia w nich sióstr uwzględniono m.in.: odległość budynków od stacji kolejowych, stan techniczny budynków, nieruchomości gruntowe, uzbrojenie terenu w wodę, kanalizację, elektryczność, jak również wskazanie pomieszczeń na „produkcję” (zdolne do pracy siostry miały pracować za odpłatnością na rzecz spółdzielni pracy).

Realizacje przesiedleń miały przeprowadzić tzw. trójki likwidacyjne mające do dyspozycji urzędników i funkcjonariuszy, w skład których wchodzili: sekretarz powiatowy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR), przewodniczący Powiatowej Rady Narodowej (PRN) i szef powiatowego UBP.

Prace przygotowawcze bezpośrednio poprzedzające akcję na Opolszczyźnie zaplanowano na 26–29.07.1954 r., a wejście na placówki zakonne na 3.08.1954 r. o godzinie 6:00. Dzień przed wejściem przedstawiciele Wojewódzkich Rad Narodowych (WRN) mieli uzyskać od przełożonych zgromadzeń, że te wydadzą odpowiednie polecenie podległym siostrom. Polecenie miało obejmować spakowanie rzeczy i opuszczenie placówek oraz przeniesienie się do domów macierzystych, skąd siostry miały być przetransportowane do wyznaczonych przez władze nowych miejsc pobytu. Żądanie wydania polecenia dla zakonnic nie podlegało odwołaniu. Nowe, tymczasowe kwatery, miały być strzeżone przez milicjantów, aby nikt z nich nie uciekł.

Wśród ośmiu miejsc wytypowanych jako ośrodki internowania (pracy) sióstr znalazły się też Staniątki. Tu dla zakonnic przesiedlonych z Opolszczyzny przewidziano klasztor ss. benedyktynek, oznaczony jako „Staniątki I” (nazywany również „Staniątki duże”), oraz dom ss. służebniczek starowiejskich – oznaczony jako „Staniątki II” („Staniątki małe”). W zamiarach władz miały one być ośrodkami „socjalistycznej reedukacji”. Zdolne do pracy siostry miały pracować za odpłatnością na rzecz spółdzielni.

Przed przyjęciem nowych lokatorek przeprowadzono wysiedlenie miejscowych sióstr.

 

Fragment zabudowań klasztoru ss. benedyktynek w Staniątkach. Widok współczesny. Fot. domena publiczna


„Bez dyskusji i filozofowania”

Przesiedlenie staniąteckich zakonnic poprzedziły wizyty przedstawicieli WRN w Krakowie i PRN w Bochni. Po pierwszej wizycie (20.07.1954 r.) siostry domniemywały, że mogła ona mieć na celu rozpoznanie miejsca na ulokowanie szkoły rolniczej, gdyż przybyli byli zainteresowani nowym gmachem szkolnym. Wizytatorzy nie zdradzili jednak celu rekonesansu.

W czasie drugiej wizyty (26.07.1954 r.) klasztor odwiedzili urzędnicy z referatów ds. wyznań – wojewódzkiego w Krakowie oraz powiatowego w Bochni. Nakłaniali siostry do „wzięcia udziału w życiu społecznym”, proponując możliwość dobrego zarobkowania np. przez nawiązanie kontaktu z jakąś spółdzielnią pracy. Sugerowali staranie się o uzyskanie od państwa środków na wykończenie nowego gmachu szkolnego, w którym mogłyby założyć… zakład przeróbki pierza. Zainteresowali się także starym budynkiem szkoły i pomocami naukowymi. Zaoferowali pomoc w staraniach „(…) o realizację planów zmierzających do zajęcia czynnej postawy wobec kształtującej się rzeczywistości”.

Po tym, jak matka ksieni odmówiła stawienia się w Krakowie, 29.07.1954 r. do klasztoru przybyli przedstawiciele WRN z decyzją o natychmiastowej wykonalności, zawieszającą działalność zgromadzenia w Staniątkach i zezwalającą na działalność w Alwerni. W przypadku odmowy ze strony sióstr zagrozili zastosowaniem przymusowego postępowania administracyjnego. Siostry odmówiły. Decyzja była bezprawna, gdyż ustawa o stowarzyszeniach – na którą powoływały się władze – nie dotyczyła zakonów i kongregacji duchownych.

 

Decyzja Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Krakowie o zawieszeniu działalności PP. Benedyktynek w Staniątkach. Archiwum klasztoru benedyktynek w Staniątkach

30.07.1954 r. około 3:30 wyważono drzwi wejściowe do budynku od strony ogrodu i urzędnicy wkroczyli na teren klasztoru. Funkcjonariuszki UBP zażądały od matki ksieni, aby poleciła siostrom spakowanie rzeczy, które miały być przetransportowane przez wykonujących przesiedlenie, oraz by sporządziła plan przeprowadzki. Gdy matka przełożona próbowała powołać się na prawo do odwołania od decyzji, usłyszała od jednej z funkcjonariuszek: „Bez dyskusji i filozofowania”. Zagrożono jej również sankcjami karnymi. Kierownik akcji nakazał matce ksieni zwołać wszystkie siostry i zapoznać je z treścią decyzji. Ksieni oznajmiła zakonnicom: „Proszę sióstr, władza państwowa weszła do klasztoru i nakazuje go opuścić. Więcej nie mam nic do powiedzenia siostrom”.



Z lewej s. Irena Modesta Salezja Terlikiewiczówna (1893–1984), matka ksieni klasztoru benedyktynek w Staniątkach w latach 1939–1963. Źródło: Bogusław Krasnowolski, Historia klasztoru Benedyktynek w Staniątkach

Dwie siostry – po długich pertraktacjach z przybyłymi przedstawicielami władz – pod nadzorem dwojga urzędników udały się do Krakowa, do biskupa Franciszka Jopa. Otrzymały od niego pisemny protest, który wręczyły zastępcy prezesa WRN i zastępcy referenta ds. Wyznań WRN. Adresatami pisma byli również Prezes Rady Ministrów i Rada Państwa. Siostry usłyszały od przedstawicieli władzy wojewódzkiej, że „(…) decyzja jest nieodwołalna i należy się jej podporządkować, a lepiej uczynić to dobrowolnie, niż pod przymusem.”.


Główna furta klasztorna, którą funkcjonariusze UB bezskutecznie usiłowali sforsować nad ranem 30.07.1954 r. Fot. Wojciech Wójcik

 

Wywiezienie sióstr benedyktynek

Jeszcze 30.07.1954 r. trzema autami wywieziono do Alwerni część rzeczy sióstr. Przy pospiesznym pakowaniu zniszczeniu i rozproszeniu uległo wiele książek z kompletowanego wiekami księgozbioru klasztornej biblioteki.

W roli „konwojentek” do Alwerni pojechały m.in. dwie szesnastolatki ze Staniątek: Zofia Furmińska (po mężu Cabałowa) i Celina Frontówna (Nowakowa). Ich obecność miała działać odstraszająco w przypadku ewentualnych prób przywłaszczenia własności mniszek. Po latach p. Cabałowa (ur. 1938 r.) wspominała, że po powrocie z wyprawy dziewczyny musiały tłumaczyć się rodzicom, którzy uświadomili im ryzyko, na jakie same się naraziły.


 

Z lewej Celina Frontówna (1938–2009, po mężu Nowakowa), z prawej Zofia Furmińska (ur. 1938 r., po mężu Cabałowa) – staniątczanki, „konwojentki” mienia ss. benedyktynek przewożonego do Alwerni. Archiwa rodzinne państwa Nowaków i p. Zofii Cabałowej 

Prawie wszystkie zakonnice wywieziono 31 lipca. Chorą ksienię dowieziono sanitarką 3 sierpnia, a 6 sierpnia przewieziono dwie ostatnie benedyktynki. 3 sierpnia 1954 r. zmuszono także do wyjazdu ze Staniątek związanych z klasztorem od 350 lat księży jezuitów z ojcem superiorem (przeorem) Janem Chęciem.

Kapelan klasztoru ss. benedyktynek, jezuita o. Jan Chęć (1873–1956) z zelatorami i zelatorkami apostolstwa modlitwy w Staniątkach (1949 r.). W górnym rzędzie od lewej: Aniela Łach, Tadeusz Waś, Antonina Hytroś, Stefan Hytroś, Maria Taborska; w środkowym rzędzie od prawej: Katarzyna Książek,  Jan Hytroś (wójt Staniątek); w dolnym rzędzie: z lewej Zofia Łach, z prawej Kazimiera Gawlik (po mężu Wójcik). Archiwum rodzinne autora 

Świadkami wysiedlenia benedyktynek i jezuitów byli liczni mieszkańcy Staniątek. Z przerażeniem patrzyli, jak wyprowadzano z klasztoru do oczekującego autobusu po dwie–trzy siostry. Dziewięć kobiet, na czele z Marią Czaplakową ze Staniątek Górnych (pracownicą gospodarstwa klasztornego), interweniowało w sprawie wywózki sióstr u władz gminy. Staniątczanki, które ośmieliły się zaprotestować, zostały spisane i wezwane na przesłuchania do Krakowa.

 

Maria Czaplakowa (1921–2006) ze Staniątek Górnych, pracownica gospodarstwa klasztornego, przywódczyni protestu staniąteckich kobiet w związku z wysiedleniem zakonnic. Na zdjęciu z mężem i córką Zofią (1958 r.). Archiwum rodzinne państwa Zofii i Adama Tureckich

Działający z polecenia władz wojewódzkich zespół spisujący zabytki w klasztorze (była w nim m.in. Hanna Boczkowska, nauczycielka w przedwojennym staniąteckim Gimnazjum Ziemiańskim) doradził siostrom, by zabrały ze sobą najcenniejsze dzieła sztuki, m.in. późnogotycką monstrancję. Według relacji p. Józefy Kicowej (ur. 1936 r.) – córki Anny Bednarczykowej – monstrancja, kielichy i pateny ukrywane były przez trzy dni w słomie w ich stodole, przy dzisiejszej ulicy Benedyktyńskiej. Stamtąd, dzięki życzliwemu kolejarzowi z Podłęża – przesiedleńcowi o nazwisku Horwat, przewieziono je w przedziale służbowym pociągu do Alwerni. Podobnie postąpiono z kopią obrazu Matki Boskiej Bolesnej, przechowywaną przez trzy tygodnie w szafie u Bednarczyków. W tymczasowe ukrycie rzeczy zaangażowana była późniejsza ksieni s. Alina Imelda Niewmierzycka. Zakonnicom nie pozwolono zabrać szkolnych sprzętów (mebli, wyposażenia gabinetów, zbiorów i biblioteki szkolnej). Prezydium PRN w Bochni rozdzieliło je później pomiędzy okoliczne szkoły.


Z lewej: monstrancja poźnogotycka z 1534 r. Po wyjeździe sióstr przechowywana przez trzy dni u sąsiadów zakonnic, państwa Bednarczyków. Z prawej: ksieni Imelda Niewmierzycka z ks. kardynałem metropolitą krakowskim Karolem Wojtyłą (1971 r.). Muzeum klasztoru benedyktynek w Staniątkach

 

Jedna z 4 kopii obrazu Matki Boskiej Bolesnej z kaplicy kościoła w Staniątkach namalowanych przez s. Klarę Sulisławę Goy (1884–1981). Pierwsza, z 1915 r., ustawiona na blacie ołtarzyka w kapliczce u oo. bernardynów w Alwerni towarzyszyła zakonnicom prawie od początku zesłania. Fot. Wojciech Wójcik 

57 benedyktynek wysiedlonych wraz z matką ksienią Ireną Modestą Salezją Terlikiewiczówną umieszczono w klasztorze bernardynów w Alwerni (ich z kolei wywieziono do Kalwarii Zebrzydowskiej). Mieszkańcy Staniątek na różne sposoby wspomagali wywiezione siostry. Najbardziej aktywne w dowożeniu pakunków z żywnością były Genowefa Kaliszka i Anna Bednarczykowa. Pani Bednarczykowa, postrzegana przez wydział ds. wyznań WRN jako „jedna z promotorek niepokojów wśród ludności”, przeprowadzała też zbiórki pieniężne na wsparcie zakonnic. Gotówkę dowoziła siostrom wraz z synem Jerzym. Katarzyna Mucha („Muszonka”) dostarczała im własnoręcznie wypiekane pieczywo. Pomocy na miejscu dłużej udzielały siostrom Maria Kurelówna i Wiktoria Kosekówna („Wikcia”). Mniszki wspierała także Zofia Szramowa (jej córka, Emilia, była absolwentką klasztornego gimnazjum).

 

Anna Bednarczykowa (1895–1980) ze Staniątek z córką s. służebniczką Michaliną. W opinii Wydziału ds. Wyznań WRN – „jedna z promotorek niepokojów wśród ludności”, zaangażowana w pomoc przesiedlonym ss. benedyktynkom i czasowe przechowanie najcenniejszych zabytków klasztornych. Archiwum rodzinne państwa Józefy i Kazimierza Kiców


Wywiezienie sióstr służebniczek starowiejskich

Zgromadzenie sióstr służebniczek starowiejskich w Staniątkach również otrzymało z prezydium WRN w Krakowie nakaz opuszczenia domu zakonnego. Wywiezienie ich miało dramatyczny przebieg. W związku z fizycznym oporem sióstr i wspierających je mieszkańców trójka likwidacyjna użyła funkcjonariuszy z bocheńskiego UBP, którzy kilkakrotnie szturmowali dom. W końcu siłą wyprowadzili zakonnice, niektórym wykręcając ręce. 15 sióstr wywiezionych zostało do innych placówek zgromadzenia (w Krakowie, Świątnikach, Rudawie i Grodkowicach).


 Dom ss. służebniczek w Staniątkach. Archiwum Zgromadzenia Sióstr Służebniczek NMP NP w Starej Wsi


Siostry z Opolszczyzny w Staniątkach

Zakonnice ze Zgromadzenia Sióstr Służebniczek Najświętszej Marii Panny z Poręby w województwie opolskim zostały przywiezione do Staniątek autobusami 6 sierpnia 1954 r. około godziny 8:00. Dzień wcześniej oraz nocą przywieziono i wyładowano rzeczy zakonnic.

W klasztorze sióstr benedyktynek umieszczono 218 zakonnic i dwie kobiety świeckie, które jednak wkrótce wyjechały. Siostry ulokowano w celach o różnej pojemności (od dwu do jedenastoosobowych). Oficer UBP oceniła, że klasztor pomieściłby jeszcze 200 sióstr. W domu zakonnym służebniczek starowiejskich osadzono 76 zakonnic. Według stanu stwierdzonego przez matkę generalną zgromadzenia na koniec września 1954 r. w Staniątkach były łącznie 293 (217+76) siostry przesiedlone z opolskiego (jedna wystąpiła z zakonu – o czym niżej).

Jak napisała w raporcie chor. Glanowska z WUBP w Krakowie, „Przewiezienie zakonnic nie nastręczyło większych problemów, jedynie nastąpiło zamieszanie z rzeczami sióstr, które nie wszystkie zostały dostarczone do właściwych miejsc nowego pobytu zakonnic i musiały jeździć do innych ośrodków w celu ich odnalezienia”. Zakonnice otrzymały zakaz kontaktowania się z osobami świeckimi. Jedynie w uzasadnionych przypadkach mogły wyjść z domu – wyłącznie za zgodą administratorów, wyznaczonych i osadzonych w ośrodkach przez prezydium WRN. Administratorzy spełniali rolę pośredników pomiędzy zakonnymi radami gospodarczymi, które kierowały działalnością sióstr w ośrodkach, a światem zewnętrznym.

W klasztorze na ss. służebniczki porębskie oczekiwały dwie siostry urszulanki z Krakowa, które służyły przyjezdnym pomocą w pierwszych dniach pobytu w nowym miejscu. Oficer UBP relacjonowała, że nastrój wśród sióstr był niedobry. Zakonnice „histeryzowały”, chciały wracać. Krążyła wśród nich informacja, że przez miejscowe społeczeństwo uważane są za Niemki, a nawet za zbrodniarki, które trzyma się pod kluczem. Siostry płakały, gdy odwiedzali je duchowni z poprzednich placówek.


 
Budynek dawnej szkoły przy klasztorze. Widok współczesny. Fot. domena publiczna


Rozpracowanie przesiedlonych zakonnic przez UBP

W trakcie ankietyzacji rozmowy z przybyłymi siostrami odbyły także funkcjonariuszki krakowskiego WUBP. Na ich podstawie wytypowały grupę zakonnic dobrze lub bardzo dobrze znających język polski, z której – według nich – kilka dawało nadzieję na pozyskanie do współpracy operacyjnej.

W listopadzie 1954 r. ppor. Muszyńska z WUBP w Krakowie, której zlecono „opiekę” nad przesiedlonymi siostrami, sporządziła „Ramowy plan rozpracowania SS Służebniczek Porębskich”. Wskazała w nim przewidywane formy wrogiej działalności zakonnic, w tym: przeciwstawianie się zarządzeniom władzy świeckiej, sabotowanie produkcji zorganizowanej dla nich przez spółdzielnie pracy, wywoływanie fermentu i niezadowolenia, rozprzestrzenianie przez odwiedzających z zachodu (a także poprzez kontakty korespondencyjne) fałszywych informacji o życiu i sytuacji przesiedlonych – „(…) co w efekcie może dać w łapy imperialistów temat do szczekania”. Oficer przewidywała, że uzyskanie przez klasztory większej swobody (np. możliwość częstszego wychodzenia poza miejsce zamieszkania) może spowodować negatywne oddziaływanie na miejscową ludność (np. wskazywała na bliskie sąsiedztwo klasztoru z PGR-em).

Wobec wymienionych „zagrożeń” za niezbędne uznała, by w kierunkach pracy operacyjnej uwzględnić m.in.: zlecenie posiadanym już informatorom uzyskiwanie informacji dotyczących sytuacji wewnętrznej, instrukcji wydawanych przez radę gospodarczą oraz przekazywanych przez siostry wizytujące z domu generalnego, wiadomości o działalności poszczególnych zakonnic, ich postawach, o treści pisanych i otrzymywanych listów, o osobach odwiedzających i charakterze tych odwiedzin, o pracy kapelana.

Za konieczne uznała odpowiednie ustawienie wymigującego się od pracy informatora ps. „Pluta” (była to siostra pozyskana do współpracy w poprzednim miejscu pobytu), zwerbowanie jeszcze kilku informatorów i rezydenta, któremu by podlegali. Zwróciła uwagę, by w rozmowach z kadrowcem spółdzielni produkcyjnej ukierunkować go na „właściwy” dobór pracowników mających pełnić stałe funkcje w klasztorze. Do rozpracowania klasztoru planowała wykorzystanie informatorów z sieci już istniejącej w miejscowości i wytypowanie kandydatów na nowych współpracowników, w tym osób mogących udzielać noclegów dla gości odwiedzających siostry.

Werbunek informatorów w klasztorze

Niezwłocznie podjęto próby pozyskania kilku wytypowanych zakonnic do współpracy. Wobec jednej próbowano wykorzystać fakt, że jeszcze w sierpniu zdecydowała się wystąpić z zakonu. W zamian za informacje o nastrojach wśród sióstr i wskazanie innych zamierzających wystąpić obiecano jej pomoc w realizacji zamiaru. Po dwóch rozmowach wstępnych okazało się jednak, że z pomocą przyszedł jej szwagier (członek PZPR) i siostra za zgodą matki generalnej wystąpiła z zakonu z końcem września.

Inną siostrę, która również chciała wystąpić z zakonu, funkcjonariuszka UBP zwerbowała doraźnie. Zakonnica podała jej jednak tylko imiona zakonne mniszek noszących się z zamiarem wystąpienia, ale nie będących w zainteresowaniu UBP (bardzo słabo lub wcale nie posługiwały się językiem polskim). Poza tym oficer stwierdziła, że oprócz ewentualnych informacji na temat nastrojów w klasztorze nic od niej nie uzyska i zakonnica nie była więcej indagowana.

Wspomniana wcześniej „Pluta” rozczarowała Muszyńską. Siostra powiedziała jej wprost, że „(…) przesiedlenie, wilgotne mury klasztoru i ciężka praca, to wszystko zdąża do wpędzenia zakonnic do grobu”. Oświadczyła to w kontekście wyśrubowanych norm pracy w szwalni. Oficer postrzegała siostrę jako osobę energiczną, gadatliwą, o dużych możliwościach uzyskiwania informacji. Jednak zorientowała się, że przy całej swojej gadatliwości zakonnica zbywa ją nieistotnymi treściami. Mimo to pomogła jej w uzyskaniu zgody na leczenie na Śląsku, za co mniszka podziękowała przed wyjazdem.

Współpracowniczka „Maria” miała wgląd do korespondencji sióstr. Poza tym dość dobrze znała relacje (niesnaski) pomiędzy siostrami z rady gospodarczej. Prowadząca ją Muszyńska, zawiedziona, uznała, że „Marię” może wykorzystać właściwie tylko na tym drugim polu i to w wąskim zakresie. 

„Czarna” ograniczała się do przekazywania informacji dotyczących warunków pracy w szwalni, w tym wyśrubowanych norm produkcji. Przyniosło to pozytywny skutek dla zakonnic, gdyż odstąpiono od narzucania norm. Pracodawcy uznali, że wystarczającą motywacją będzie uzależnienie wysokości zarobków od efektów pracy (akord).

Z informacji przekazanych przez informatora „Sprawiedliwego” wynika, że UBP wiedział o staniątczanach wchodzących na teren klasztoru. Byli to: Katarzyna Mucha (pomocnica kościelna), Jan Malarz i Józef Łach (elektrycy) oraz Stanisław Szram. Brak jakiejkolwiek dokumentacji wytworzonej na ich temat może świadczyć, że ewentualne próby pozyskania ich do współpracy spełzły na niczym lub stwierdzono u nich brak predyspozycji do takiej roli.

Informatorzy z zewnątrz klasztoru

Staniąteccy informatorzy pozyskani przez UBP do innych zagadnień właściwie nie mieli możliwości uczestniczenia w rozpracowywaniu klasztoru. Dlatego próbowano zwerbować osoby mające dotarcie do zakonnic. Wytypowano kandydata na współpracownika (jedną z osób pracujących na poczcie) i pozyskano go. Oficjalną, podaną w raporcie podstawą werbunku były… „uczucia patriotyczne”.

Informator był dość aktywny. Przekazywał oficerowi UBP, od kogo z zagranicy przychodziły listy do sióstr i do kogo siostry wysyłały korespondencję. Nie wiadomo, w jaki sposób poznawał również zawartość paczek, które przychodziły do klasztoru. Podawał, których mieszkańców odwiedzają siostry i którzy z nich przychodzą do klasztoru. Z doniesień można wywnioskować, że faktycznie postrzegał przeniesione z zachodu siostry jako osoby wrogie dla Polski. Drażniło go, że rozmawiają po niemiecku (miał przykre doświadczenia z Niemcami z czasu wojny). Jego lojalność sprawdzano przez innego współpracownika ze Staniątek. Informator zakończył współpracę 5.12.1956 r. Nie pobierał (odmówił!) wynagrodzenia za przekazywane informacje.

Perlustracja korespondencji

Ppor. Muszyńska zwróciła się do szefa WUBP o wyrażenie zgody na półtoramiesięczną kontrolę korespondencji przychodzącej i wychodzącej z klasztoru. Potrzebę perlustracji argumentowała brakiem konkretnej wiedzy, które z zakonnic nadal prowadzą lub w przeszłości prowadziły zorganizowaną „działalność rewizjonistyczną”. Ponadto twierdziła, że drogą korespondencji idą na zachód fałszywe informacje dotyczące złych warunków materialnych panujących w klasztorze, głodu itp. Ta metoda inwigilacji miała pomóc w ustaleniu najbardziej aktywnych w tej kwestii zakonnic i zdemaskować inspiratorów. Ponieważ zdecydowana większość korespondencji prowadzona była w języku niemieckim, zaszła potrzeba zaangażowania tłumacza. Przekładu sfotografowanych listów dokonywał ten sam oficer, który tłumaczył wyjaśnienia byłego gestapowca wydanego Polsce, Kurta Heinemeyera.

 

Jeden z niejawnie otwartych listów. Na odwrocie zdjęcia listu adnotacja o zakazie udzielania osobom trzecim informacji o treści i pochodzeniu korespondencji. Oddziałowe Archiwum IPN w Krakowie  

Żadna z zastosowanych form i metod pracy operacyjnej UBP w rozpracowywaniu zakonnic nie przyniosła rezultatu w postaci potwierdzenia ich rzekomej rewizjonistycznej działalności.


Wybory do Gromadzkiej Rady Narodowej

W grudniu 1954 r. odbyły się wybory do rad narodowych, a zakonnice – wtedy w liczbie 292 – stanowiły liczący się elektorat. Gromadzka Rada Narodowa w Staniątkach liczyła 27 członków, a wybrali ich mieszkańcy Staniątek, Podłęża, Zagórza i Suchoraby. Przed wyborami odczyty dla zakonnic zorganizowało stowarzyszenie PAX, zrzeszające katolików współpracujących z władzami komunistycznymi, głównie działaczy przedwojennego Ruchu Narodowo-Radykalnego Falanga. Przemówienia wygłosili przedstawiciele organu prasowego stowarzyszenia – „Słowa Powszechnego”. Spośród staniąteckich kandydatów służebniczki bliżej znały sekretarza Podstawowej Organizacji Partyjnej PZPR w Państwowym Gospodarstwie Rolnym, z którym załatwiały sprawy gospodarcze. W organizacji partyjnej uchodził on „za słabego politycznie i dającego dowody religjanctwa (pisownia oryg.) np. przez całowanie sióstr w rękę, w wypadkach, gdy się z nimi kontaktuje.”. Prawie wszystkie mniszki przystąpiły do głosowania. Nie wszystkie korzystały z zasłon (oddawały karty bez skreśleń), podobnie jak kapelan klasztorny. Tylko trzy obłożnie chore zakonnice i jedna ze złamaną nogą nie zagłosowały. Kilka lżej chorych dowieziono bryczką do punktu wyborczego.

Życie codzienne zakonnic

Po pierwszym szoku z powodu przesiedlenia siostry powoli adaptowały się do nowej sytuacji. Choć warunki kwaterunku nie były bardzo złe, brakowało opału. Problemy z wyżywieniem były właściwie tylko na początku. Siostry zarabiały na swoje utrzymanie pracą w szwalni na dwie zmiany (szyły rękawice robocze, wykańczały ręcznie bieliznę), a także pracowały na polach PGR-u – np. zbierały ziemniaki (na to zgodę musiał wydać sam wicedyrektor Urzędu ds. Wyznań w Warszawie!). Z 217 mniszek zatrudnionych mogło być 96. Reszta albo liczyła powyżej 60 lat, albo chorowała. Zakonnice prowadziły gospodarstwo rolne oraz ogrodnicze. Wspierały je rodziny i miejscowe społeczeństwo. Z czasem warunki bytu poprawiły się na tyle, że nawet sama matka generalna uznała narzekanie na nie za bezpodstawne.

Siostry do końca jednak nie chciały się pogodzić z tym, że nie mogły realizować posługi wobec mieszkańców wsi, np. poprzez dawanie zastrzyków czy pielęgnację chorych, gdyż miały zakaz wychodzenia (z czasem łagodzony). A przecież do tego m.in. zostały powołane i taki cel im przyświecał, gdy wstępowały do zgromadzenia.

Działalnością zakonnic w obu miejscach pobytu przesiedlonych kierowały rady gospodarcze. Przewodniczącymi rad były przełożone, a w ich skład wchodziły ponadto zastępczynie przewodniczących i członkinie – każda odpowiedzialna za określony aspekt działalności (produkcyjny, ekonomiczny, gospodarczy…).

Wspomniani wcześniej administratorzy prezentowali różne postawy wobec zakonnic. Siostry słusznie przypuszczały, że mieli kontakty z UBP. Wydaje się, że zakonnice ufały Albinowi Dąbrowskiemu (pozyskanemu przez UBP na rezydenta ps. „Benedykt”). Należy stwierdzić, że był on zakonnicom przychylny – np. popierał ich starania o wyjazd na leczenie. Na podstawie zachowanych materiałów trudno twierdzić, że czerpał z tego tytułu jakieś wielkie korzyści operacyjne. Wcześniej, będąc oficerem UB, został usunięty z formacji za „brak czujności”. Siostry były mu wdzięczne do tego stopnia, że na święta obdarowały go paczkami ze słodyczami dla dzieci.

Pomimo przywyknięcia do nowego miejsca pobytu zakonnice zawsze, do końca pobytu w Staniątkach, wyrażały wolę powrotu w rodzime strony.

Powroty

Pierwsze oznaki zwiększenia swobody działania klasztoru odnotowano jeszcze w czerwcu 1955 r., kiedy to usunięto administratorów. Październik 1956 r. przyniósł przemiany polityczne w Polsce i powrót sióstr do swoich macierzystych domów stał się możliwy. Stopniowo, nielicznie, nawet bez zabiegania o zgodę władz, siostry były przenoszone do miejsc ich pierwotnego pobytu i działalności. Pod koniec listopada Episkopat z rządem uzgodnili likwidację „ośrodków pracy” – w tym staniąteckich – i w grudniu zakonnice sukcesywnie, już „legalnie”, powracały do siedzib swojego konwentu.

S. Helena Anzelma Przybylska (1906–1990), kronikarka, bibliotekarka, archiwistka opactwa sióstr benedyktynek w Staniątkach. Trzy zdjęcia od lewej pochodzą z dowodu osobistego, czwarte z kenkarty. Archiwum klasztoru benedyktynek w Staniątkach

Pierwsze trzy benedyktynki wróciły z Alwerni do Staniątek w południe 10 grudnia. Z powodu problemów z transportem 46 zakonnic dojechało do Staniątek autobusem dopiero w przeddzień Wigilii Bożego Narodzenia, wieczorem. Pierwsza po powrocie Wigilia w klasztornej tradycji została nazwana „Wigilią na tobołkach”. Niestety cztery benedyktynki nie doczekały jej, gdyż zmarły na wygnaniu. Ostatnie cztery mniszki wróciły po Święcie Trzech Króli.

 

 


Źródła:

Archiwum klasztoru sióstr benedyktynek w Staniątkach,

Oddziałowe Archiwum IPN w Krakowie,

Informacje od przeoryszy klasztoru ss. benedyktynek w Staniątkach, s. Wandy Benedykty Nogaj, Staniątki 2021,

Bogusław Krasnowolski, Historia klasztoru Benedyktynek w Staniątkach, Kraków 1999,

Relacja ustna p. Zofii Cabałowej, Staniątki 2021,

Relacja ustna p. Józefy Kicowej, Staniątki 2021.

  



Wykorzystując zawarte w postach treści, zdjęcia – proszę o wskazywanie źródła i linku do niniejszej strony.

2026/08/01




82 lata temu wybiła godzina „W”. Niepołomiczanie w Powstaniu 


Por. Władysław Janelli – dowódca oddziału przeciwpożarowego w czasie ostatniego, skutecznego szturmu na PAST-ę. Ppor. Ernest Aleksander Sym – profesor Uniwersytetu Warszawskiego i żołnierz legendarnego zgrupowania „Krybar”. Co łączy tych Powstańców Warszawskich? Obydwaj urodzili się w Niepołomicach. 82 lata temu do walki o stolicę stanęło co najmniej kilkoro bohaterów związanych z gminą Niepołomice.


Powstanie wybuchło 1 sierpnia 1944 r. o godzinie 17:00. Powstańcy przystąpili do działań przeciwko Niemcom z wielkim entuzjazmem, który niestety wkrótce zaczął przygasać wraz z każdym dniem. Zryw zakończył się hekatombą. Do dziś trwają spory o to, czy decyzja o wywołaniu Powstania była słuszna, czy jednak była katastrofalnym błędem. Zwolennicy obu tez mają swoje, zasługujące na uwagę argumenty. Polemikom zapewne nigdy nie będzie końca. 

Uzasadnienie i przygotowanie polityczne

Powstanie jako akt polityczny było niewątpliwie uzasadnionym przedsięwzięciem. W obliczu zbliżania się do Warszawy Armii Czerwonej i realnej perspektywy zaprowadzenia na polskich ziemiach sowieckich porządków (w Lublinie zainstalował się już z nadania Stalina Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego jako rzekomy polski rząd narodowo-wyzwoleńczy), wyzwolenie stolicy polskimi siłami byłoby zamanifestowaniem, że to my jesteśmy tutaj gospodarzami i będziemy się urządzać po swojemu. Ale czy insurekcja była przygotowana od strony politycznej i międzynarodowej? 

Dzisiaj wiemy, że na pewno nie było korzystnego klimatu politycznego dla przeprowadzenia zrywu w takiej skali. Polscy decydenci wojskowi i politycy wiedzieli – chociażby od Jana Nowaka-Jeziorańskiego – że alianci nie mają zamiaru angażować się i przyjść Polakom z pomocą. Nie wiadomo jednak, czy mieli już wiedzę o tym, co zaszło na konferencji w Teheranie na przełomie listopada i grudnia 1943 r. Prawdopodobnie nie, ale symptomatyczna była postawa szefa wywiadu Komendy Głównej Armii Krajowej płk. Kazimierza Iranka-Osmeckiego, który w gremium decyzyjnym był najbardziej zdecydowanym przeciwnikiem podjęcia decyzji o wybuchu powstania. A to przecież już wtedy, w Teheranie, ustalono podział wpływów w powojennej Europie. Na późniejszej konferencji w Jałcie (luty 1945 r.) jedynie doprecyzowano ustalenia w kwestii polskiej. Polska nie mogła liczyć na jakąś większą pomoc ze strony aliantów, gdyż ci byli związani porozumieniem ze Stalinem. 

Naiwnością byłoby sądzić, że powstańcom z pomocą przyjdzie Stalin. Już na wschodnich ziemiach polskich przywódca ZSRS zdradził swoje zamiary wobec Armii Krajowej. Po faktycznym współdziałaniu w zwycięskiej walce z Niemcami rozbroił akowskie oddziały. Tych żołnierzy, którzy zgodzili się wstąpić do armii Berlinga, uwolnił. Pozostałych wysłał w głąb Związku Sowieckiego lub wymordował. Perfidnie zachował się, gdy dowództwo AK podjęło pertraktacje z Niemcami w sprawie kapitulacji. Pozorował natarcie, co doprowadziło do zerwania rozmów, a następnie do straszliwej rzezi mieszkańców stolicy. 

Przygotowanie militarne

W Powstaniu uczestniczyło około 50 tysięcy osób, w tym nastoletni dziewczęta i chłopcy. W momencie rozpoczęcia zrywu zostało zmobilizowanych około 35 tysięcy żołnierzy. Średnio w ciągu Powstania zaangażowanych było około 25 tysięcy żołnierzy.

Stan uzbrojenia powstańców był tragicznie niski. Ogółem posiadali około siedem tysięcy sztuk broni – od pistoletów do ciężkich karabinów maszynowych, kilkanaście tysięcy granatów, a także wytwarzane na bieżąco tzw. koktajle Mołotowa (butelki z benzyną). Trzeba nadmienić, że z posiadanych około półtora tysiąca pistoletów maszynowych (według innych źródeł 2 300), broni najbardziej przydatnej w walkach ulicznych, 900 sztuk wysłano na tereny wschodnie RP. Działo się to zaledwie na trzy tygodnie przed wybuchem Powstania. Właśnie na wschód od Warszawy miała się bowiem zacząć ogólnokrajowa Akcja „Burza” (współdziałanie Armii Krajowej z Armią Czerwoną w wypieraniu Niemców, z jednoczesnym ujawnieniem się, polegające na nękaniu przeciwnika na jego tyłach). Warszawa miała być wyłączona z tej akcji. 

Pozostała w magazynach broń w momencie wybuchu Powstania nie została wydana w całości. Sztab powstańczy zdawał sobie sprawę z niedostatku uzbrojenia i problem ten był podnoszony na odprawach poprzedzających godzinę „W”. Delegat Rządu na Kraj (jedyny polityk w gremium decyzyjnym) uznał, że powstańcy będą musieli sami sobie zdobyć broń. Niestety nie był to odosobniony przejaw ignorancji w zespole ludzi, który zdecydowali o wybuchu Powstania. Jeden z wysokich dowódców twierdził, że niedobory uzbrojenia będą zrekompensowane „furią odwetu”. Trzeba zaznaczyć, że w tej grupie byli również zdecydowani oponenci.

Decyzja

Rząd RP na uchodźstwie, a właściwie sam premier Stanisław Mikołajczyk, uznał, że decyzja o momencie wybuchu powstania powinna być podjęta w kraju, gdyż dowódcy AK jak i Delegat Rządu na Kraj mieli mieć najlepszy wgląd w faktyczną sytuację. W depeszy do kraju, wokół której jest dużo niejasności (chociażby to, że zgoda na zainicjowanie walk w Warszawie miała być rzekomo wyrażona kolegialnie), Mikołajczyk dał przyzwolenie na Powstanie. Nie uzgodnił tego jednak ani z Prezydentem RP, ani z Naczelnym Wodzem – gen. Kazimierzem Sosnkowskim, który przewidywał, że powstanie może spowodować wielką rzeź ludności polskiej. 

Należy nadmienić, że Komendant Główny AK gen. Tadeusz „Bór” Komorowski jeszcze w 1943 r. powodzenie powstania słusznie uzależniał m.in. od ścisłego powiązania działań powstańczych z operacjami frontowymi aliantów, uzyskania wsparcia zewnętrznego (lotnictwo, zaopatrzenie w broń i amunicję), wybrania odpowiedniego momentu, koordynacji działań zapewniających gwałtowne i krótkotrwałe uderzenie. Czy było możliwe spełnienie tych założeń? Dzisiaj wiemy, że w tamtych warunkach było to właściwie nie do zrealizowania. Występowały dezinformacja o rzekomym natarciu sowieckich sił, a także jego pozoracja. Nie było nawet zapewnienia ze strony aliantów o wsparciu, a późniejsze zrzuty broni i amunicji okazały się bardzo skromne (na dodatek w części przejęte przez Niemców) w stosunku do potrzeb realizacji tak wielkiej operacji. Stan uzbrojenia powstańców wykluczał przeprowadzenie gwałtownego i krótkotrwałego uderzenia. Decyzja o wybuchu została jednak podjęta. Rozkaz o wszczęciu działań gen. Komorowski wydał 31 lipca, 23 godziny przed zaplanowaną na 17:00 godziną „W”. Presja na „Bora” była wielka, a najbardziej napierał na niego jeden z najwyższych dowódców AK, który w opinii innego z uczestników odpraw zdradzał objawy uzależnienia od alkoholu.

Klęska i bilans Powstania

Powstańcy odnieśli szereg zwycięstw w potyczkach z Niemcami w pierwszych dniach zrywu. M.in. zdobyli magazyny żywnościowo-mundurowe na Stawkach, zajęli gmach Poczty Głównej, zdobyli obóz koncentracyjny dla Żydów na Woli, uwalniając kilkaset osób. Jednym z największych sukcesów było opanowanie budynku Polskiej Akcyjnej Spółki Telefonicznej (tzw. PAST-y) i wzięcie do niewoli ponad stu żołnierzy niemieckich. Niejednokrotnie powstańcy zwycięsko wychodzili z walk, przebijając się przez okrążające ich siły przeciwnika.

Dysproporcje sił przesądziły jednak o wyniku Powstania. Bilans ofiar był porażający. O ile straty żołnierskie wyniosły około 16 tysięcy zabitych lub zaginionych Powstańców (przy stratach niemieckich szacowanych na kilka do około dziesięć tysięcy), to straty w ludności cywilnej okazały się hekatombą. Szacunki mówią o 150-200 tysiącach zabitych. Ponadto ponad pół miliona mieszkańców (w tym także uczestnicy Powstania) zostało usuniętych z miasta – wywiezionych do innych dystryktów Generalnego Gubernatorstwa, do obozów koncentracyjnych, na pracę przymusową do III Rzeszy, do obozów jenieckich. Miasto zostało dokumentnie zniszczone, obrócone w ruiny. 

Niepołomiczanie w Powstaniu

W warszawskim zrywie wzięło udział co najmniej kilkoro niepołomiczan. 

Strz. Julian Duch ps. „Zabawa”, ur. 19.01.1926 r. w Niepołomicach.

Jako członek AK walczył w Grupie „Północ” (Zgrupowanie „Sienkiewicz”), następnie na odcinku „Kuba”-„Sosna” w batalionie „Gozdawa”. Przeszedł szlak bojowy ze Starego Miasta (Reduta „Bank Polski”) kanałami do Śródmieścia–Północ. Po kapitulacji znalazł się w obozie jenieckim Stalag XI A w Altengrabow (nr jeniecki 47193).

Por. Władysław Janelli ps. „Jarząbek” s. Antoniego i Emilii, ur. 24.05.1899 r. w Niepołomicach. 

Walczył w batalionie „Kiliński” AK, w 6 komp. „Wawer”. Szlak bojowy: Śródmieście–Północ. Brał udział w ostatnim, skutecznym szturmie na „PAST-ę”. Dowodził oddziałem przeciwpożarowym. Jego imponującą postawę opisywali towarzysze broni.

Stanisław Brzosko „Socha”, dowódca 2. kompanii Batalionu „Kiliński”: 

Było szereg prób. [...] Ale akcje na PAST-ę kończyły się zawsze stratami. [...] U nas był komendantem Straży Pożarnej porucznik 'Jarząbek' [Władysław Janelli]. I tak żeśmy zaczęli rozmawiać. Była motopompa [...] Mówimy: 'A jakby do tej motopompy załadować jakiejś takiej mieszanki palnej, jak do butelek, i oblać PAST-ę?'. A on mówi: 'No może by to i wyszło. Tylko trzeba dobrać skład mieszanki, żeby to się paliło, a żeby nie wybuchło w pompie'.

Stefan Orczykowski „Sokół”, kurier w Batalionie „Kiliński”:

[Janelli] najpierw zebrał ropę i benzynę, bo poczta miała bardzo duże zapasy ropy i benzyny, bo Niemcy mieli duży park maszynowy. Wszystko to przeniósł naokoło PAST-y i zrobił pompy, które są do gaszenia na wodę, puścił na ten budynek i zapalili to. Jak się zaczęło palić, to w ten sposób zdobyli budynek PAST-y. 

Ok. 30 sierpnia Janelli stanął na czele kompanii i okazał się bardzo odpowiedzialnym, troszczącym się o ludzi dowódcą. Warto znów oddać głos Stefanowi Orczykowskiemu:

Janelli mnie wypędził, bo powiedziałem mu, że matka jest ranna w nogę, nie może chodzić, bo dostała granatnikiem i całą nogę jej poharatali. [...] mówi: „To idź z matką, zdejmuj orzełka, zdejmuj te opaski, legitymację oddaj”. Zabrał mi legitymację [...]. [Powiedział:] „Nie, nie możesz zabrać tego, bo jakby [...] ciebie gestapo pod kościołem sprawdzało…”. I gestapo pod kościołem nas sprawdzało.

Po upadku Powstania Janelli przebywał w niewoli (od 2.10.1944 r.). Przeszedł obozy jenieckie: Stalag IV B w Mühlberg, Stalag XI A w Altengrabow (nr jeniecki 298351). Zmarł 8.01.1979 r. we Wrocławiu.

Ppor. Ernest Aleksander Sym ps. „dr Tulski” s. Antoniego i Julii z d. Seppi, ur. 14.06.1893 r. w Niepołomicach, gdzie jego ojciec pełnił m.in. funkcję zarządcy lasów i dóbr skarbowych. 

W latach 1920–1921 w Wojsku Polskim w stopniu starszego kanoniera brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej. Przed II wojną światową był profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, następnie Politechniki Gdańskiej i Akademii Medycznej w Gdańsku (Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego). Specjalizował się w biochemii i enzymologii. Od 1940 r. był w Związku Walki Zbrojnej, w latach 1942–1945 w Armii Krajowej. Brał udział w tajnym nauczaniu na Wydziale Farmaceutycznym UW. Prowadził produkcję materiałów wybuchowych i zapalających, paliw, a także toksyn bakteryjnych wykorzystywanych przez AK. Od 8.08.1944 r. uczestniczył w Powstaniu Warszawskim w szeregach Zgrupowania „Krybar”. 5.09.1944 r., wieziony z ludnością cywilną do obozu Durchgangslager 122 w Pruszkowie, uciekł z transportu. Początkowo ukrywał się w Grodzisku Mazowieckim, od grudnia 1944 do stycznia 1945 r. w Iłży. 

Żona prof. Ernesta Syma, Maria z d. Lewińska, także była żołnierzem AK (ps. „Stasia”). Poległa w Powstaniu Warszawskim 6 września 1944 r. Dramatyczne okoliczności śmierci kobiety opisała jej towarzyszka broni.

Maria Uszycka-Jeffery „Patrycja”, łączniczka i sanitariuszka w Zgrupowaniu „Krybar”:

[Ernest Sym] był [...] naszym komendantem i jego żona, Stasia (zaprzyjaźniłyśmy się bardzo), musiała iść na Chmielną, bo były ciągle przebiegi... Mówię: „Tylko bądź bardzo skulona jak idziesz przez barykadę”, bo Niemcy obstrzeliwali z BGK, walili niesamowicie. Potem tanki i „tygrysy”, wszystko waliło w barykadę. Ona na nieszczęście podniosła trochę głowę. Nie wiem, coś tam się stało i dostała kulą w głowę. Musiałam ją zaciągnąć na Chmielną i tam już inni się zajęli, żeby ją pochować. To była straszna tragedia dla mnie.

Jeden z braci Ernesta Syma, Karol Antoni Juliusz (1896–1941), pseudonim „Igo”, przed wojną był gwiazdą polskiej sceny filmowej i teatralnej. W czasie okupacji niemieckiej kolaborant – dyrektor Theater der Stadt Warschau (dla Niemców, ex Teatr Polski). Został zlikwidowany przez grupę bojową ZWZ na podstawie wyroku sądu (kapturowego) Polskiego Państwa Podziemnego za współpracę z Niemcami (podpisał volkslistę i został agentem Gestapo). 

Kolejny brat, Alfred (1894–1973), był żołnierzem I Brygady Legionów, uczestnikiem obrony Lwowa, wojny polsko-ukraińskiej w 1919 i wojny polsko-bolszewickiej w 1920 r. Jako podporucznik 32 pułku piechoty uczestniczył w wojnie obronnej 1939. Komponował muzykę poważną w Polsce i Austrii, był kapelmistrzem Wojska Polskiego. 

Prof. Ernest Sym zginął w wypadku samochodowym 25.08.1950 r. w drodze do Gdańska, w samochodzie prowadzonym przez innego profesora.

 Ppor. AK prof. Ernest Aleksander Sym ps. „Dr Tulski” (1893-1950) 


Plut. podch. Adam Wiśniowski ps. „Tramp” s. Alfreda i Joanny z d. Kolasińskiej, ur. 10.07. 1917 r. w Niepołomicach. 

Służył w III Oddziale (Operacyjno-Szkoleniowym) Komendy Głównej AK, w Wydziale Marynarki Wojennej („Alfa”, „Ostryga”) – w wywiadzie rzecznym. W Powstaniu walczył na Górnym Czerniakowie, w zgrupowaniu „Kryska”, w 2 komp., w plut. „Szczupak”.  11.09.1944 r. został ranny w walce na ulicy Czerniakowskiej pod nr 136. Po upadku Powstania wyszedł z miasta z ludnością cywilną. Zmarł 1.03.1988 r. w Warszawie.

St. sierż. Irena Wyka ps. „Klara”, ur. 15.11.1921 r. w Niepołomicach, zam. z rodziną w Woli Batorskiej. 

Po upadku Powstania została umieszczona w obozie jenieckim Stalag VI C w Oberlanden, następnie w Stalagu XI-B w Fallingbostel (nr jeniecki 141395). Prawdopodobnie zginęła w wypadku w 1945 r. Była poszukiwana przez rodziców („Repatriant” nr 2 [9], Warszawa 1946, s. 16).

St. sierż. Irena Wyka ps. „Klara” (1921-1945), na zbiorowym zdjęciu pierwsza z lewej


Stanisław Ziemba ps. „Antoni”, „Górski” s. Franciszka i Marii, ur. 4.11.1908 r. w Niepołomicach. 

W dwudziestoleciu międzywojennym pracował w katowickiej „Polonii”. Był instruktorem wychowania fizycznego. Po wybuchu II wojny światowej uczestniczył w obronie Warszawy. 12 marca 1940 r. został aresztowany na terenie przygranicznym i przekazany przez Gestapo z Solinki do więzienia w Sanoku. 15 grudnia 1940 r. zbiegł z tamtejszego szpitala. Podczas okupacji prowadził w Krakowie tajne kursy dziennikarskie, był redaktorem „Wiadomości” i „L’Information” – pisma przeznaczonego dla francuskojęzycznych jeńców. Stworzył działające tajnie Zrzeszenie Dziennikarzy Ziem Zachodnich. W Powstaniu Warszawskim jako członek AK został przydzielony do Delegatury Rządu na Kraj. 

W 1945 r. znalazł się na Górnym Śląsku, podejmując pracę dziennikarza. Był założycielem i redaktorem naczelnym „Dziennika Zachodniego” – pisma, które w przyszłości miało okazać się najbardziej popularnym polskim dziennikiem. Zaangażował się w działalność w Stronnictwie Demokratycznym, będąc członkiem jego Zarządu Wojewódzkiego. 18 stycznia 1946 r. został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi. Po odejściu z „DZ” w 1947 r. był redaktorem naczelnym „Sportu i Wczasów”, „Panoramy Śląskiej”, pracował także dla „Trybuny Robotniczej”. W 1960 r. został redaktorem naczelnym pisma „Tygodnik Polski”.

W latach 1957–1961 już jako bezpartyjny sprawował mandat posła na Sejm II kadencji wybranego w okręgu Katowice. Zasiadał w Komisji Spraw Wewnętrznych. Zmarł 25.04.1972 r.

Stanisław Ziemba ps. „Antoni”, „Górski” (1908-1972), żołnierz AK w dyspozycji Delegatury Rządu na Kraj

 

Heroizm Powstańców i wątpliwości 

Przy całej złożoności procesu decyzyjnego można mieć wątpliwości, a także krytycznie oceniać osoby, które podjęły decyzję o wybuchu Powstania. Oczywiście trzeba mieć świadomość tego, że z obecnej perspektywy – i w obliczu dziś posiadanych informacji – łatwiej o taką negatywną konstatację. Trzeba jednak podkreślić i nie można zapomnieć o heroizmie oraz poświęceniu Powstańców, którzy stanęli do nierównej walki z Niemcami. Ich postawa to bezprzykładne bohaterstwo w starciach, które finalnie nie mogły przynieść oczekiwanego rezultatu, tj. wyparcia Niemców ze stolicy. Na początku Polacy zapewne nie zdawali sobie do końca sprawy z realiów, w jakich przyszło im stanąć do walki z okupantem. W miarę upływu czasu pewnie docierała do nich świadomość beznadziejności sytuacji. Mimo to walczyli do końca z wielkim poświęceniem, aż zapadła decyzja o kapitulacji. 

Nasuwa się pytanie: na ile usprawiedliwione było podjęcie ryzyka poniesienia tak wielkiej ofiary, która i tak nie pozwoliła na osiągnięcie celu? Czy Warszawa „musiała spłynąć krwią” (jak głosiło stanowisko jednego z wysokich oficerów w sztabie powstańczym), by jej dramat został dostrzeżony przez ówczesnych wielkich tego świata i ruszył ich sumienie? Czy decydenci mieli prawo szafować tyloma tysiącami ludzkich istnień? Oczywiście nie można było wszystkiego przewidzieć, np. skali okrucieństwa Niemców wobec ludności cywilnej, chociaż okupant już wcześniej pokazywał na co go stać. Z kolei zaniechanie działań przeciw Niemcom z pewnością spowodowałoby potężną krytykę ze strony Stalina – jakoby Armia Krajowa „stała z bronią u nogi”, zamiast wyzwalać Warszawę. Wydaje się, że w ówczesnej sytuacji żadna decyzja nie była dobra. Aczkolwiek, w dążeniu do osiągnięcia celów politycznych powinno się brać pod uwagę i przewidywać koszty każdej decyzji. Decyzje polityczne tak wielkiej wagi powinni podejmować świadomi stanu rzeczy przywódcy. Jak pokazała na wielu przykładach historia, nawet najwyżsi rangą i zasłużeni wojskowi nie zawsze sprawdzają się w roli polityków.      



Wybrane źródła:

https://www.1944.pl/powstancze-biogramy/ 

Miłosz Niewierowicz, Zdobycie PAST-y, https://historia.interia.pl/polska-walczaca/news-zdobycie-past-y,nId,3120673 

Stefan Orczykowski „Sokół” [Archiwum Historii Mówionej], https://www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/stefan-orczykowski,1243.html 

SYM ERNEST ALEKSANDER, profesor Politechniki Gdańskiej i Akademii Medycznej, https://gdansk.gedanopedia.pl/gdansk/?title=SYM_ERNEST_ALEKSANDER,_profesor_Politechniki_Gda%C5%84skiej_i_Akademii_Medycznej 

Maria Uszycka-Jeffery „Patrycja” [Archiwum Historii Mówionej], https://www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/maria-uszycka-jeffery,970.html