2026/08/03


Siostry na wygnaniu

Staniątki w rządowej akcji „X2”

Zasadnicze wytyczne i metody walki władz komunistycznych z Kościołem katolickim w Polsce zostały opracowane już w latach 1944–45, a okres największych prześladowań przypadł na lata 1949–1956. Bardzo trudna sytuacja miała miejsce na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Tam w szczególnym zainteresowaniu władz pozostawały żeńskie zakony, którym przypisywano działalność rewizjonistyczną. Represje objęły również staniąteckie zgromadzenia sióstr benedyktynek i służebniczek, które zmuszono do zmiany miejsca działalności – po to, by umieścić w klasztorze i domu zakonnym siostry z województwa opolskiego. Między 31 lipca a 6 sierpnia 1954 r. staniąteckie benedyktynki zostały wywiezione do Alwerni.

 

Geneza akcji przesiedleńczej

Pretekstem do stosowania represji wobec zgromadzeń zakonnych działających na zachodzie Polski była weryfikacja narodowościowa związana z tożsamością regionalną, gdyż większość tych zakonów miała charakter autochtoniczny. Według ustaleń Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (UBP) siostry w tych zakonach powszechnie posługiwały się językiem niemieckim i stosunkowo niewiele z nich dobrze znało język polski. To wystarczało, by uznawać je za „element niemiecki”, a tym samym – podejrzany. Jawne deklarowanie narodowości i obywatelstwa niemieckiego (stwierdzono kilkanaście takich przypadków) władze postrzegały jako tendencje rewizjonistyczne inspirowane przez agenturę Niemiec Zachodnich. Za przejawy rewizjonizmu uznano również ogólnikowe zarzuty wobec sióstr dotyczące ukrywania i przerzucania do Niemiec osób poszukiwanych przez władze, a także rzekomą niechęć zakonnic do udzielania jakiejkolwiek pomocy medycznej ludności napływowej, co miało wzbudzać antagonizmy pomiędzy przybyszami a ludnością miejscową. Jednak działalności antypaństwowej terenowe UBP nie stwierdzały – co zresztą same przyznawały. Zarzucanie siostrom szerzenia ducha niemieckiego w zgromadzeniach było daleko idącym uogólnieniem, niezgodnym ze stanem faktycznym. Potwierdzały to późniejsze zeznania sióstr przesłuchanych w charakterze świadków – pokrzywdzonych.

W grudniu 1953 r. podczas krajowej odprawy kierowników wojewódzkich Referatów ds. Wyznań problem przesiedlenia z Ziem Odzyskanych duchownych rzekomo „prowadzących działalność rewizjonistyczną” podniósł premier Cyrankiewicz. Sprawa miała być przeprowadzona w taki sposób, jakby to była decyzja Episkopatu, a nie państwa – w ramach walki z Kościołem.


Przygotowania i wytyczne do „X2”

Akcji przesiedleńczej, której głównym celem była likwidacja zakonów m.in. na Opolszczyźnie, nadano kryptonim „X2” i opatrzono klauzulą „ściśle tajne”. Na początku zlecono funkcjonariuszom UBP, organizacjom partyjnym oraz organom administracji na szczeblu podstawowym takie działania, jak: inwigilacja, rozpoznanie liczbowe sióstr, domów zakonnych i rodzaju prowadzonych przez nich placówek, zorganizowanie aktywu osób niezbędnych do przeprowadzenia akcji, zabezpieczenie transportu samochodowego i kolejowego oraz wytypowanie i przygotowanie ośrodków internowania. W opisie obiektów wytypowanych do umieszczenia w nich sióstr uwzględniono m.in.: odległość budynków od stacji kolejowych, stan techniczny budynków, nieruchomości gruntowe, uzbrojenie terenu w wodę, kanalizację, elektryczność, jak również wskazanie pomieszczeń na „produkcję” (zdolne do pracy siostry miały pracować za odpłatnością na rzecz spółdzielni pracy).

Realizacje przesiedleń miały przeprowadzić tzw. trójki likwidacyjne mające do dyspozycji urzędników i funkcjonariuszy, w skład których wchodzili: sekretarz powiatowy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR), przewodniczący Powiatowej Rady Narodowej (PRN) i szef powiatowego UBP.

Prace przygotowawcze bezpośrednio poprzedzające akcję na Opolszczyźnie zaplanowano na 26–29.07.1954 r., a wejście na placówki zakonne na 3.08.1954 r. o godzinie 6:00. Dzień przed wejściem przedstawiciele Wojewódzkich Rad Narodowych (WRN) mieli uzyskać od przełożonych zgromadzeń, że te wydadzą odpowiednie polecenie podległym siostrom. Polecenie miało obejmować spakowanie rzeczy i opuszczenie placówek oraz przeniesienie się do domów macierzystych, skąd siostry miały być przetransportowane do wyznaczonych przez władze nowych miejsc pobytu. Żądanie wydania polecenia dla zakonnic nie podlegało odwołaniu. Nowe, tymczasowe kwatery, miały być strzeżone przez milicjantów, aby nikt z nich nie uciekł.

Wśród ośmiu miejsc wytypowanych jako ośrodki internowania (pracy) sióstr znalazły się też Staniątki. Tu dla zakonnic przesiedlonych z Opolszczyzny przewidziano klasztor ss. benedyktynek, oznaczony jako „Staniątki I” (nazywany również „Staniątki duże”), oraz dom ss. służebniczek starowiejskich – oznaczony jako „Staniątki II” („Staniątki małe”). W zamiarach władz miały one być ośrodkami „socjalistycznej reedukacji”. Zdolne do pracy siostry miały pracować za odpłatnością na rzecz spółdzielni.

Przed przyjęciem nowych lokatorek przeprowadzono wysiedlenie miejscowych sióstr.

 

Fragment zabudowań klasztoru ss. benedyktynek w Staniątkach. Widok współczesny. Fot. domena publiczna


„Bez dyskusji i filozofowania”

Przesiedlenie staniąteckich zakonnic poprzedziły wizyty przedstawicieli WRN w Krakowie i PRN w Bochni. Po pierwszej wizycie (20.07.1954 r.) siostry domniemywały, że mogła ona mieć na celu rozpoznanie miejsca na ulokowanie szkoły rolniczej, gdyż przybyli byli zainteresowani nowym gmachem szkolnym. Wizytatorzy nie zdradzili jednak celu rekonesansu.

W czasie drugiej wizyty (26.07.1954 r.) klasztor odwiedzili urzędnicy z referatów ds. wyznań – wojewódzkiego w Krakowie oraz powiatowego w Bochni. Nakłaniali siostry do „wzięcia udziału w życiu społecznym”, proponując możliwość dobrego zarobkowania np. przez nawiązanie kontaktu z jakąś spółdzielnią pracy. Sugerowali staranie się o uzyskanie od państwa środków na wykończenie nowego gmachu szkolnego, w którym mogłyby założyć… zakład przeróbki pierza. Zainteresowali się także starym budynkiem szkoły i pomocami naukowymi. Zaoferowali pomoc w staraniach „(…) o realizację planów zmierzających do zajęcia czynnej postawy wobec kształtującej się rzeczywistości”.

Po tym, jak matka ksieni odmówiła stawienia się w Krakowie, 29.07.1954 r. do klasztoru przybyli przedstawiciele WRN z decyzją o natychmiastowej wykonalności, zawieszającą działalność zgromadzenia w Staniątkach i zezwalającą na działalność w Alwerni. W przypadku odmowy ze strony sióstr zagrozili zastosowaniem przymusowego postępowania administracyjnego. Siostry odmówiły. Decyzja była bezprawna, gdyż ustawa o stowarzyszeniach – na którą powoływały się władze – nie dotyczyła zakonów i kongregacji duchownych.

 

Decyzja Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Krakowie o zawieszeniu działalności PP. Benedyktynek w Staniątkach. Archiwum klasztoru benedyktynek w Staniątkach

30.07.1954 r. około 3:30 wyważono drzwi wejściowe do budynku od strony ogrodu i urzędnicy wkroczyli na teren klasztoru. Funkcjonariuszki UBP zażądały od matki ksieni, aby poleciła siostrom spakowanie rzeczy, które miały być przetransportowane przez wykonujących przesiedlenie, oraz by sporządziła plan przeprowadzki. Gdy matka przełożona próbowała powołać się na prawo do odwołania od decyzji, usłyszała od jednej z funkcjonariuszek: „Bez dyskusji i filozofowania”. Zagrożono jej również sankcjami karnymi. Kierownik akcji nakazał matce ksieni zwołać wszystkie siostry i zapoznać je z treścią decyzji. Ksieni oznajmiła zakonnicom: „Proszę sióstr, władza państwowa weszła do klasztoru i nakazuje go opuścić. Więcej nie mam nic do powiedzenia siostrom”.



Z lewej s. Irena Modesta Salezja Terlikiewiczówna (1893–1984), matka ksieni klasztoru benedyktynek w Staniątkach w latach 1939–1963. Źródło: Bogusław Krasnowolski, Historia klasztoru Benedyktynek w Staniątkach

Dwie siostry – po długich pertraktacjach z przybyłymi przedstawicielami władz – pod nadzorem dwojga urzędników udały się do Krakowa, do biskupa Franciszka Jopa. Otrzymały od niego pisemny protest, który wręczyły zastępcy prezesa WRN i zastępcy referenta ds. Wyznań WRN. Adresatami pisma byli również Prezes Rady Ministrów i Rada Państwa. Siostry usłyszały od przedstawicieli władzy wojewódzkiej, że „(…) decyzja jest nieodwołalna i należy się jej podporządkować, a lepiej uczynić to dobrowolnie, niż pod przymusem.”.


Główna furta klasztorna, którą funkcjonariusze UB bezskutecznie usiłowali sforsować nad ranem 30.07.1954 r. Fot. Wojciech Wójcik

 

Wywiezienie sióstr benedyktynek

Jeszcze 30.07.1954 r. trzema autami wywieziono do Alwerni część rzeczy sióstr. Przy pospiesznym pakowaniu zniszczeniu i rozproszeniu uległo wiele książek z kompletowanego wiekami księgozbioru klasztornej biblioteki.

W roli „konwojentek” do Alwerni pojechały m.in. dwie szesnastolatki ze Staniątek: Zofia Furmińska (po mężu Cabałowa) i Celina Frontówna (Nowakowa). Ich obecność miała działać odstraszająco w przypadku ewentualnych prób przywłaszczenia własności mniszek. Po latach p. Cabałowa (ur. 1938 r.) wspominała, że po powrocie z wyprawy dziewczyny musiały tłumaczyć się rodzicom, którzy uświadomili im ryzyko, na jakie same się naraziły.


 

Z lewej Celina Frontówna (1938–2009, po mężu Nowakowa), z prawej Zofia Furmińska (ur. 1938 r., po mężu Cabałowa) – staniątczanki, „konwojentki” mienia ss. benedyktynek przewożonego do Alwerni. Archiwa rodzinne państwa Nowaków i p. Zofii Cabałowej 

Prawie wszystkie zakonnice wywieziono 31 lipca. Chorą ksienię dowieziono sanitarką 3 sierpnia, a 6 sierpnia przewieziono dwie ostatnie benedyktynki. 3 sierpnia 1954 r. zmuszono także do wyjazdu ze Staniątek związanych z klasztorem od 350 lat księży jezuitów z ojcem superiorem (przeorem) Janem Chęciem.

Kapelan klasztoru ss. benedyktynek, jezuita o. Jan Chęć (1873–1956) z zelatorami i zelatorkami apostolstwa modlitwy w Staniątkach (1949 r.). W górnym rzędzie od lewej: Aniela Łach, Tadeusz Waś, Antonina Hytroś, Stefan Hytroś, Maria Taborska; w środkowym rzędzie od prawej: Katarzyna Książek,  Jan Hytroś (wójt Staniątek); w dolnym rzędzie: z lewej Zofia Łach, z prawej Kazimiera Gawlik (po mężu Wójcik). Archiwum rodzinne autora 

Świadkami wysiedlenia benedyktynek i jezuitów byli liczni mieszkańcy Staniątek. Z przerażeniem patrzyli, jak wyprowadzano z klasztoru do oczekującego autobusu po dwie–trzy siostry. Dziewięć kobiet, na czele z Marią Czaplakową ze Staniątek Górnych (pracownicą gospodarstwa klasztornego), interweniowało w sprawie wywózki sióstr u władz gminy. Staniątczanki, które ośmieliły się zaprotestować, zostały spisane i wezwane na przesłuchania do Krakowa.

 

Maria Czaplakowa (1921–2006) ze Staniątek Górnych, pracownica gospodarstwa klasztornego, przywódczyni protestu staniąteckich kobiet w związku z wysiedleniem zakonnic. Na zdjęciu z mężem i córką Zofią (1958 r.). Archiwum rodzinne państwa Zofii i Adama Tureckich

Działający z polecenia władz wojewódzkich zespół spisujący zabytki w klasztorze (była w nim m.in. Hanna Boczkowska, nauczycielka w przedwojennym staniąteckim Gimnazjum Ziemiańskim) doradził siostrom, by zabrały ze sobą najcenniejsze dzieła sztuki, m.in. późnogotycką monstrancję. Według relacji p. Józefy Kicowej (ur. 1936 r.) – córki Anny Bednarczykowej – monstrancja, kielichy i pateny ukrywane były przez trzy dni w słomie w ich stodole, przy dzisiejszej ulicy Benedyktyńskiej. Stamtąd, dzięki życzliwemu kolejarzowi z Podłęża – przesiedleńcowi o nazwisku Horwat, przewieziono je w przedziale służbowym pociągu do Alwerni. Podobnie postąpiono z kopią obrazu Matki Boskiej Bolesnej, przechowywaną przez trzy tygodnie w szafie u Bednarczyków. W tymczasowe ukrycie rzeczy zaangażowana była późniejsza ksieni s. Alina Imelda Niewmierzycka. Zakonnicom nie pozwolono zabrać szkolnych sprzętów (mebli, wyposażenia gabinetów, zbiorów i biblioteki szkolnej). Prezydium PRN w Bochni rozdzieliło je później pomiędzy okoliczne szkoły.


Z lewej: monstrancja poźnogotycka z 1534 r. Po wyjeździe sióstr przechowywana przez trzy dni u sąsiadów zakonnic, państwa Bednarczyków. Z prawej: ksieni Imelda Niewmierzycka z ks. kardynałem metropolitą krakowskim Karolem Wojtyłą (1971 r.). Muzeum klasztoru benedyktynek w Staniątkach

 

Jedna z 4 kopii obrazu Matki Boskiej Bolesnej z kaplicy kościoła w Staniątkach namalowanych przez s. Klarę Sulisławę Goy (1884–1981). Pierwsza, z 1915 r., ustawiona na blacie ołtarzyka w kapliczce u oo. bernardynów w Alwerni towarzyszyła zakonnicom prawie od początku zesłania. Fot. Wojciech Wójcik 

57 benedyktynek wysiedlonych wraz z matką ksienią Ireną Modestą Salezją Terlikiewiczówną umieszczono w klasztorze bernardynów w Alwerni (ich z kolei wywieziono do Kalwarii Zebrzydowskiej). Mieszkańcy Staniątek na różne sposoby wspomagali wywiezione siostry. Najbardziej aktywne w dowożeniu pakunków z żywnością były Genowefa Kaliszka i Anna Bednarczykowa. Pani Bednarczykowa, postrzegana przez wydział ds. wyznań WRN jako „jedna z promotorek niepokojów wśród ludności”, przeprowadzała też zbiórki pieniężne na wsparcie zakonnic. Gotówkę dowoziła siostrom wraz z synem Jerzym. Katarzyna Mucha („Muszonka”) dostarczała im własnoręcznie wypiekane pieczywo. Pomocy na miejscu dłużej udzielały siostrom Maria Kurelówna i Wiktoria Kosekówna („Wikcia”). Mniszki wspierała także Zofia Szramowa (jej córka, Emilia, była absolwentką klasztornego gimnazjum).

 

Anna Bednarczykowa (1895–1980) ze Staniątek z córką s. służebniczką Michaliną. W opinii Wydziału ds. Wyznań WRN – „jedna z promotorek niepokojów wśród ludności”, zaangażowana w pomoc przesiedlonym ss. benedyktynkom i czasowe przechowanie najcenniejszych zabytków klasztornych. Archiwum rodzinne państwa Józefy i Kazimierza Kiców


Wywiezienie sióstr służebniczek starowiejskich

Zgromadzenie sióstr służebniczek starowiejskich w Staniątkach również otrzymało z prezydium WRN w Krakowie nakaz opuszczenia domu zakonnego. Wywiezienie ich miało dramatyczny przebieg. W związku z fizycznym oporem sióstr i wspierających je mieszkańców trójka likwidacyjna użyła funkcjonariuszy z bocheńskiego UBP, którzy kilkakrotnie szturmowali dom. W końcu siłą wyprowadzili zakonnice, niektórym wykręcając ręce. 15 sióstr wywiezionych zostało do innych placówek zgromadzenia (w Krakowie, Świątnikach, Rudawie i Grodkowicach).


 Dom ss. służebniczek w Staniątkach. Archiwum Zgromadzenia Sióstr Służebniczek NMP NP w Starej Wsi


Siostry z Opolszczyzny w Staniątkach

Zakonnice ze Zgromadzenia Sióstr Służebniczek Najświętszej Marii Panny z Poręby w województwie opolskim zostały przywiezione do Staniątek autobusami 6 sierpnia 1954 r. około godziny 8:00. Dzień wcześniej oraz nocą przywieziono i wyładowano rzeczy zakonnic.

W klasztorze sióstr benedyktynek umieszczono 218 zakonnic i dwie kobiety świeckie, które jednak wkrótce wyjechały. Siostry ulokowano w celach o różnej pojemności (od dwu do jedenastoosobowych). Oficer UBP oceniła, że klasztor pomieściłby jeszcze 200 sióstr. W domu zakonnym służebniczek starowiejskich osadzono 76 zakonnic. Według stanu stwierdzonego przez matkę generalną zgromadzenia na koniec września 1954 r. w Staniątkach były łącznie 293 (217+76) siostry przesiedlone z opolskiego (jedna wystąpiła z zakonu – o czym niżej).

Jak napisała w raporcie chor. Glanowska z WUBP w Krakowie, „Przewiezienie zakonnic nie nastręczyło większych problemów, jedynie nastąpiło zamieszanie z rzeczami sióstr, które nie wszystkie zostały dostarczone do właściwych miejsc nowego pobytu zakonnic i musiały jeździć do innych ośrodków w celu ich odnalezienia”. Zakonnice otrzymały zakaz kontaktowania się z osobami świeckimi. Jedynie w uzasadnionych przypadkach mogły wyjść z domu – wyłącznie za zgodą administratorów, wyznaczonych i osadzonych w ośrodkach przez prezydium WRN. Administratorzy spełniali rolę pośredników pomiędzy zakonnymi radami gospodarczymi, które kierowały działalnością sióstr w ośrodkach, a światem zewnętrznym.

W klasztorze na ss. służebniczki porębskie oczekiwały dwie siostry urszulanki z Krakowa, które służyły przyjezdnym pomocą w pierwszych dniach pobytu w nowym miejscu. Oficer UBP relacjonowała, że nastrój wśród sióstr był niedobry. Zakonnice „histeryzowały”, chciały wracać. Krążyła wśród nich informacja, że przez miejscowe społeczeństwo uważane są za Niemki, a nawet za zbrodniarki, które trzyma się pod kluczem. Siostry płakały, gdy odwiedzali je duchowni z poprzednich placówek.


 
Budynek dawnej szkoły przy klasztorze. Widok współczesny. Fot. domena publiczna


Rozpracowanie przesiedlonych zakonnic przez UBP

W trakcie ankietyzacji rozmowy z przybyłymi siostrami odbyły także funkcjonariuszki krakowskiego WUBP. Na ich podstawie wytypowały grupę zakonnic dobrze lub bardzo dobrze znających język polski, z której – według nich – kilka dawało nadzieję na pozyskanie do współpracy operacyjnej.

W listopadzie 1954 r. ppor. Muszyńska z WUBP w Krakowie, której zlecono „opiekę” nad przesiedlonymi siostrami, sporządziła „Ramowy plan rozpracowania SS Służebniczek Porębskich”. Wskazała w nim przewidywane formy wrogiej działalności zakonnic, w tym: przeciwstawianie się zarządzeniom władzy świeckiej, sabotowanie produkcji zorganizowanej dla nich przez spółdzielnie pracy, wywoływanie fermentu i niezadowolenia, rozprzestrzenianie przez odwiedzających z zachodu (a także poprzez kontakty korespondencyjne) fałszywych informacji o życiu i sytuacji przesiedlonych – „(…) co w efekcie może dać w łapy imperialistów temat do szczekania”. Oficer przewidywała, że uzyskanie przez klasztory większej swobody (np. możliwość częstszego wychodzenia poza miejsce zamieszkania) może spowodować negatywne oddziaływanie na miejscową ludność (np. wskazywała na bliskie sąsiedztwo klasztoru z PGR-em).

Wobec wymienionych „zagrożeń” za niezbędne uznała, by w kierunkach pracy operacyjnej uwzględnić m.in.: zlecenie posiadanym już informatorom uzyskiwanie informacji dotyczących sytuacji wewnętrznej, instrukcji wydawanych przez radę gospodarczą oraz przekazywanych przez siostry wizytujące z domu generalnego, wiadomości o działalności poszczególnych zakonnic, ich postawach, o treści pisanych i otrzymywanych listów, o osobach odwiedzających i charakterze tych odwiedzin, o pracy kapelana.

Za konieczne uznała odpowiednie ustawienie wymigującego się od pracy informatora ps. „Pluta” (była to siostra pozyskana do współpracy w poprzednim miejscu pobytu), zwerbowanie jeszcze kilku informatorów i rezydenta, któremu by podlegali. Zwróciła uwagę, by w rozmowach z kadrowcem spółdzielni produkcyjnej ukierunkować go na „właściwy” dobór pracowników mających pełnić stałe funkcje w klasztorze. Do rozpracowania klasztoru planowała wykorzystanie informatorów z sieci już istniejącej w miejscowości i wytypowanie kandydatów na nowych współpracowników, w tym osób mogących udzielać noclegów dla gości odwiedzających siostry.

Werbunek informatorów w klasztorze

Niezwłocznie podjęto próby pozyskania kilku wytypowanych zakonnic do współpracy. Wobec jednej próbowano wykorzystać fakt, że jeszcze w sierpniu zdecydowała się wystąpić z zakonu. W zamian za informacje o nastrojach wśród sióstr i wskazanie innych zamierzających wystąpić obiecano jej pomoc w realizacji zamiaru. Po dwóch rozmowach wstępnych okazało się jednak, że z pomocą przyszedł jej szwagier (członek PZPR) i siostra za zgodą matki generalnej wystąpiła z zakonu z końcem września.

Inną siostrę, która również chciała wystąpić z zakonu, funkcjonariuszka UBP zwerbowała doraźnie. Zakonnica podała jej jednak tylko imiona zakonne mniszek noszących się z zamiarem wystąpienia, ale nie będących w zainteresowaniu UBP (bardzo słabo lub wcale nie posługiwały się językiem polskim). Poza tym oficer stwierdziła, że oprócz ewentualnych informacji na temat nastrojów w klasztorze nic od niej nie uzyska i zakonnica nie była więcej indagowana.

Wspomniana wcześniej „Pluta” rozczarowała Muszyńską. Siostra powiedziała jej wprost, że „(…) przesiedlenie, wilgotne mury klasztoru i ciężka praca, to wszystko zdąża do wpędzenia zakonnic do grobu”. Oświadczyła to w kontekście wyśrubowanych norm pracy w szwalni. Oficer postrzegała siostrę jako osobę energiczną, gadatliwą, o dużych możliwościach uzyskiwania informacji. Jednak zorientowała się, że przy całej swojej gadatliwości zakonnica zbywa ją nieistotnymi treściami. Mimo to pomogła jej w uzyskaniu zgody na leczenie na Śląsku, za co mniszka podziękowała przed wyjazdem.

Współpracowniczka „Maria” miała wgląd do korespondencji sióstr. Poza tym dość dobrze znała relacje (niesnaski) pomiędzy siostrami z rady gospodarczej. Prowadząca ją Muszyńska, zawiedziona, uznała, że „Marię” może wykorzystać właściwie tylko na tym drugim polu i to w wąskim zakresie. 

„Czarna” ograniczała się do przekazywania informacji dotyczących warunków pracy w szwalni, w tym wyśrubowanych norm produkcji. Przyniosło to pozytywny skutek dla zakonnic, gdyż odstąpiono od narzucania norm. Pracodawcy uznali, że wystarczającą motywacją będzie uzależnienie wysokości zarobków od efektów pracy (akord).

Z informacji przekazanych przez informatora „Sprawiedliwego” wynika, że UBP wiedział o staniątczanach wchodzących na teren klasztoru. Byli to: Katarzyna Mucha (pomocnica kościelna), Jan Malarz i Józef Łach (elektrycy) oraz Stanisław Szram. Brak jakiejkolwiek dokumentacji wytworzonej na ich temat może świadczyć, że ewentualne próby pozyskania ich do współpracy spełzły na niczym lub stwierdzono u nich brak predyspozycji do takiej roli.

Informatorzy z zewnątrz klasztoru

Staniąteccy informatorzy pozyskani przez UBP do innych zagadnień właściwie nie mieli możliwości uczestniczenia w rozpracowywaniu klasztoru. Dlatego próbowano zwerbować osoby mające dotarcie do zakonnic. Wytypowano kandydata na współpracownika (jedną z osób pracujących na poczcie) i pozyskano go. Oficjalną, podaną w raporcie podstawą werbunku były… „uczucia patriotyczne”.

Informator był dość aktywny. Przekazywał oficerowi UBP, od kogo z zagranicy przychodziły listy do sióstr i do kogo siostry wysyłały korespondencję. Nie wiadomo, w jaki sposób poznawał również zawartość paczek, które przychodziły do klasztoru. Podawał, których mieszkańców odwiedzają siostry i którzy z nich przychodzą do klasztoru. Z doniesień można wywnioskować, że faktycznie postrzegał przeniesione z zachodu siostry jako osoby wrogie dla Polski. Drażniło go, że rozmawiają po niemiecku (miał przykre doświadczenia z Niemcami z czasu wojny). Jego lojalność sprawdzano przez innego współpracownika ze Staniątek. Informator zakończył współpracę 5.12.1956 r. Nie pobierał (odmówił!) wynagrodzenia za przekazywane informacje.

Perlustracja korespondencji

Ppor. Muszyńska zwróciła się do szefa WUBP o wyrażenie zgody na półtoramiesięczną kontrolę korespondencji przychodzącej i wychodzącej z klasztoru. Potrzebę perlustracji argumentowała brakiem konkretnej wiedzy, które z zakonnic nadal prowadzą lub w przeszłości prowadziły zorganizowaną „działalność rewizjonistyczną”. Ponadto twierdziła, że drogą korespondencji idą na zachód fałszywe informacje dotyczące złych warunków materialnych panujących w klasztorze, głodu itp. Ta metoda inwigilacji miała pomóc w ustaleniu najbardziej aktywnych w tej kwestii zakonnic i zdemaskować inspiratorów. Ponieważ zdecydowana większość korespondencji prowadzona była w języku niemieckim, zaszła potrzeba zaangażowania tłumacza. Przekładu sfotografowanych listów dokonywał ten sam oficer, który tłumaczył wyjaśnienia byłego gestapowca wydanego Polsce, Kurta Heinemeyera.

 

Jeden z niejawnie otwartych listów. Na odwrocie zdjęcia listu adnotacja o zakazie udzielania osobom trzecim informacji o treści i pochodzeniu korespondencji. Oddziałowe Archiwum IPN w Krakowie  

Żadna z zastosowanych form i metod pracy operacyjnej UBP w rozpracowywaniu zakonnic nie przyniosła rezultatu w postaci potwierdzenia ich rzekomej rewizjonistycznej działalności.


Wybory do Gromadzkiej Rady Narodowej

W grudniu 1954 r. odbyły się wybory do rad narodowych, a zakonnice – wtedy w liczbie 292 – stanowiły liczący się elektorat. Gromadzka Rada Narodowa w Staniątkach liczyła 27 członków, a wybrali ich mieszkańcy Staniątek, Podłęża, Zagórza i Suchoraby. Przed wyborami odczyty dla zakonnic zorganizowało stowarzyszenie PAX, zrzeszające katolików współpracujących z władzami komunistycznymi, głównie działaczy przedwojennego Ruchu Narodowo-Radykalnego Falanga. Przemówienia wygłosili przedstawiciele organu prasowego stowarzyszenia – „Słowa Powszechnego”. Spośród staniąteckich kandydatów służebniczki bliżej znały sekretarza Podstawowej Organizacji Partyjnej PZPR w Państwowym Gospodarstwie Rolnym, z którym załatwiały sprawy gospodarcze. W organizacji partyjnej uchodził on „za słabego politycznie i dającego dowody religjanctwa (pisownia oryg.) np. przez całowanie sióstr w rękę, w wypadkach, gdy się z nimi kontaktuje.”. Prawie wszystkie mniszki przystąpiły do głosowania. Nie wszystkie korzystały z zasłon (oddawały karty bez skreśleń), podobnie jak kapelan klasztorny. Tylko trzy obłożnie chore zakonnice i jedna ze złamaną nogą nie zagłosowały. Kilka lżej chorych dowieziono bryczką do punktu wyborczego.

Życie codzienne zakonnic

Po pierwszym szoku z powodu przesiedlenia siostry powoli adaptowały się do nowej sytuacji. Choć warunki kwaterunku nie były bardzo złe, brakowało opału. Problemy z wyżywieniem były właściwie tylko na początku. Siostry zarabiały na swoje utrzymanie pracą w szwalni na dwie zmiany (szyły rękawice robocze, wykańczały ręcznie bieliznę), a także pracowały na polach PGR-u – np. zbierały ziemniaki (na to zgodę musiał wydać sam wicedyrektor Urzędu ds. Wyznań w Warszawie!). Z 217 mniszek zatrudnionych mogło być 96. Reszta albo liczyła powyżej 60 lat, albo chorowała. Zakonnice prowadziły gospodarstwo rolne oraz ogrodnicze. Wspierały je rodziny i miejscowe społeczeństwo. Z czasem warunki bytu poprawiły się na tyle, że nawet sama matka generalna uznała narzekanie na nie za bezpodstawne.

Siostry do końca jednak nie chciały się pogodzić z tym, że nie mogły realizować posługi wobec mieszkańców wsi, np. poprzez dawanie zastrzyków czy pielęgnację chorych, gdyż miały zakaz wychodzenia (z czasem łagodzony). A przecież do tego m.in. zostały powołane i taki cel im przyświecał, gdy wstępowały do zgromadzenia.

Działalnością zakonnic w obu miejscach pobytu przesiedlonych kierowały rady gospodarcze. Przewodniczącymi rad były przełożone, a w ich skład wchodziły ponadto zastępczynie przewodniczących i członkinie – każda odpowiedzialna za określony aspekt działalności (produkcyjny, ekonomiczny, gospodarczy…).

Wspomniani wcześniej administratorzy prezentowali różne postawy wobec zakonnic. Siostry słusznie przypuszczały, że mieli kontakty z UBP. Wydaje się, że zakonnice ufały Albinowi Dąbrowskiemu (pozyskanemu przez UBP na rezydenta ps. „Benedykt”). Należy stwierdzić, że był on zakonnicom przychylny – np. popierał ich starania o wyjazd na leczenie. Na podstawie zachowanych materiałów trudno twierdzić, że czerpał z tego tytułu jakieś wielkie korzyści operacyjne. Wcześniej, będąc oficerem UB, został usunięty z formacji za „brak czujności”. Siostry były mu wdzięczne do tego stopnia, że na święta obdarowały go paczkami ze słodyczami dla dzieci.

Pomimo przywyknięcia do nowego miejsca pobytu zakonnice zawsze, do końca pobytu w Staniątkach, wyrażały wolę powrotu w rodzime strony.

Powroty

Pierwsze oznaki zwiększenia swobody działania klasztoru odnotowano jeszcze w czerwcu 1955 r., kiedy to usunięto administratorów. Październik 1956 r. przyniósł przemiany polityczne w Polsce i powrót sióstr do swoich macierzystych domów stał się możliwy. Stopniowo, nielicznie, nawet bez zabiegania o zgodę władz, siostry były przenoszone do miejsc ich pierwotnego pobytu i działalności. Pod koniec listopada Episkopat z rządem uzgodnili likwidację „ośrodków pracy” – w tym staniąteckich – i w grudniu zakonnice sukcesywnie, już „legalnie”, powracały do siedzib swojego konwentu.

S. Helena Anzelma Przybylska (1906–1990), kronikarka, bibliotekarka, archiwistka opactwa sióstr benedyktynek w Staniątkach. Trzy zdjęcia od lewej pochodzą z dowodu osobistego, czwarte z kenkarty. Archiwum klasztoru benedyktynek w Staniątkach

Pierwsze trzy benedyktynki wróciły z Alwerni do Staniątek w południe 10 grudnia. Z powodu problemów z transportem 46 zakonnic dojechało do Staniątek autobusem dopiero w przeddzień Wigilii Bożego Narodzenia, wieczorem. Pierwsza po powrocie Wigilia w klasztornej tradycji została nazwana „Wigilią na tobołkach”. Niestety cztery benedyktynki nie doczekały jej, gdyż zmarły na wygnaniu. Ostatnie cztery mniszki wróciły po Święcie Trzech Króli.

 

 


Źródła:

Archiwum klasztoru sióstr benedyktynek w Staniątkach,

Oddziałowe Archiwum IPN w Krakowie,

Informacje od przeoryszy klasztoru ss. benedyktynek w Staniątkach, s. Wandy Benedykty Nogaj, Staniątki 2021,

Bogusław Krasnowolski, Historia klasztoru Benedyktynek w Staniątkach, Kraków 1999,

Relacja ustna p. Zofii Cabałowej, Staniątki 2021,

Relacja ustna p. Józefy Kicowej, Staniątki 2021.

  



Wykorzystując zawarte w postach treści, zdjęcia – proszę o wskazywanie źródła i linku do niniejszej strony.

2026/08/01




82 lata temu wybiła godzina „W”. Niepołomiczanie w Powstaniu 


Por. Władysław Janelli – dowódca oddziału przeciwpożarowego w czasie ostatniego, skutecznego szturmu na PAST-ę. Ppor. Ernest Aleksander Sym – profesor Uniwersytetu Warszawskiego i żołnierz legendarnego zgrupowania „Krybar”. Co łączy tych Powstańców Warszawskich? Obydwaj urodzili się w Niepołomicach. 82 lata temu do walki o stolicę stanęło co najmniej kilkoro bohaterów związanych z gminą Niepołomice.


Powstanie wybuchło 1 sierpnia 1944 r. o godzinie 17:00. Powstańcy przystąpili do działań przeciwko Niemcom z wielkim entuzjazmem, który niestety wkrótce zaczął przygasać wraz z każdym dniem. Zryw zakończył się hekatombą. Do dziś trwają spory o to, czy decyzja o wywołaniu Powstania była słuszna, czy jednak była katastrofalnym błędem. Zwolennicy obu tez mają swoje, zasługujące na uwagę argumenty. Polemikom zapewne nigdy nie będzie końca. 

Uzasadnienie i przygotowanie polityczne

Powstanie jako akt polityczny było niewątpliwie uzasadnionym przedsięwzięciem. W obliczu zbliżania się do Warszawy Armii Czerwonej i realnej perspektywy zaprowadzenia na polskich ziemiach sowieckich porządków (w Lublinie zainstalował się już z nadania Stalina Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego jako rzekomy polski rząd narodowo-wyzwoleńczy), wyzwolenie stolicy polskimi siłami byłoby zamanifestowaniem, że to my jesteśmy tutaj gospodarzami i będziemy się urządzać po swojemu. Ale czy insurekcja była przygotowana od strony politycznej i międzynarodowej? 

Dzisiaj wiemy, że na pewno nie było korzystnego klimatu politycznego dla przeprowadzenia zrywu w takiej skali. Polscy decydenci wojskowi i politycy wiedzieli – chociażby od Jana Nowaka-Jeziorańskiego – że alianci nie mają zamiaru angażować się i przyjść Polakom z pomocą. Nie wiadomo jednak, czy mieli już wiedzę o tym, co zaszło na konferencji w Teheranie na przełomie listopada i grudnia 1943 r. Prawdopodobnie nie, ale symptomatyczna była postawa szefa wywiadu Komendy Głównej Armii Krajowej płk. Kazimierza Iranka-Osmeckiego, który w gremium decyzyjnym był najbardziej zdecydowanym przeciwnikiem podjęcia decyzji o wybuchu powstania. A to przecież już wtedy, w Teheranie, ustalono podział wpływów w powojennej Europie. Na późniejszej konferencji w Jałcie (luty 1945 r.) jedynie doprecyzowano ustalenia w kwestii polskiej. Polska nie mogła liczyć na jakąś większą pomoc ze strony aliantów, gdyż ci byli związani porozumieniem ze Stalinem. 

Naiwnością byłoby sądzić, że powstańcom z pomocą przyjdzie Stalin. Już na wschodnich ziemiach polskich przywódca ZSRS zdradził swoje zamiary wobec Armii Krajowej. Po faktycznym współdziałaniu w zwycięskiej walce z Niemcami rozbroił akowskie oddziały. Tych żołnierzy, którzy zgodzili się wstąpić do armii Berlinga, uwolnił. Pozostałych wysłał w głąb Związku Sowieckiego lub wymordował. Perfidnie zachował się, gdy dowództwo AK podjęło pertraktacje z Niemcami w sprawie kapitulacji. Pozorował natarcie, co doprowadziło do zerwania rozmów, a następnie do straszliwej rzezi mieszkańców stolicy. 

Przygotowanie militarne

W Powstaniu uczestniczyło około 50 tysięcy osób, w tym nastoletni dziewczęta i chłopcy. W momencie rozpoczęcia zrywu zostało zmobilizowanych około 35 tysięcy żołnierzy. Średnio w ciągu Powstania zaangażowanych było około 25 tysięcy żołnierzy.

Stan uzbrojenia powstańców był tragicznie niski. Ogółem posiadali około siedem tysięcy sztuk broni – od pistoletów do ciężkich karabinów maszynowych, kilkanaście tysięcy granatów, a także wytwarzane na bieżąco tzw. koktajle Mołotowa (butelki z benzyną). Trzeba nadmienić, że z posiadanych około półtora tysiąca pistoletów maszynowych (według innych źródeł 2 300), broni najbardziej przydatnej w walkach ulicznych, 900 sztuk wysłano na tereny wschodnie RP. Działo się to zaledwie na trzy tygodnie przed wybuchem Powstania. Właśnie na wschód od Warszawy miała się bowiem zacząć ogólnokrajowa Akcja „Burza” (współdziałanie Armii Krajowej z Armią Czerwoną w wypieraniu Niemców, z jednoczesnym ujawnieniem się, polegające na nękaniu przeciwnika na jego tyłach). Warszawa miała być wyłączona z tej akcji. 

Pozostała w magazynach broń w momencie wybuchu Powstania nie została wydana w całości. Sztab powstańczy zdawał sobie sprawę z niedostatku uzbrojenia i problem ten był podnoszony na odprawach poprzedzających godzinę „W”. Delegat Rządu na Kraj (jedyny polityk w gremium decyzyjnym) uznał, że powstańcy będą musieli sami sobie zdobyć broń. Niestety nie był to odosobniony przejaw ignorancji w zespole ludzi, który zdecydowali o wybuchu Powstania. Jeden z wysokich dowódców twierdził, że niedobory uzbrojenia będą zrekompensowane „furią odwetu”. Trzeba zaznaczyć, że w tej grupie byli również zdecydowani oponenci.

Decyzja

Rząd RP na uchodźstwie, a właściwie sam premier Stanisław Mikołajczyk, uznał, że decyzja o momencie wybuchu powstania powinna być podjęta w kraju, gdyż dowódcy AK jak i Delegat Rządu na Kraj mieli mieć najlepszy wgląd w faktyczną sytuację. W depeszy do kraju, wokół której jest dużo niejasności (chociażby to, że zgoda na zainicjowanie walk w Warszawie miała być rzekomo wyrażona kolegialnie), Mikołajczyk dał przyzwolenie na Powstanie. Nie uzgodnił tego jednak ani z Prezydentem RP, ani z Naczelnym Wodzem – gen. Kazimierzem Sosnkowskim, który przewidywał, że powstanie może spowodować wielką rzeź ludności polskiej. 

Należy nadmienić, że Komendant Główny AK gen. Tadeusz „Bór” Komorowski jeszcze w 1943 r. powodzenie powstania słusznie uzależniał m.in. od ścisłego powiązania działań powstańczych z operacjami frontowymi aliantów, uzyskania wsparcia zewnętrznego (lotnictwo, zaopatrzenie w broń i amunicję), wybrania odpowiedniego momentu, koordynacji działań zapewniających gwałtowne i krótkotrwałe uderzenie. Czy było możliwe spełnienie tych założeń? Dzisiaj wiemy, że w tamtych warunkach było to właściwie nie do zrealizowania. Występowały dezinformacja o rzekomym natarciu sowieckich sił, a także jego pozoracja. Nie było nawet zapewnienia ze strony aliantów o wsparciu, a późniejsze zrzuty broni i amunicji okazały się bardzo skromne (na dodatek w części przejęte przez Niemców) w stosunku do potrzeb realizacji tak wielkiej operacji. Stan uzbrojenia powstańców wykluczał przeprowadzenie gwałtownego i krótkotrwałego uderzenia. Decyzja o wybuchu została jednak podjęta. Rozkaz o wszczęciu działań gen. Komorowski wydał 31 lipca, 23 godziny przed zaplanowaną na 17:00 godziną „W”. Presja na „Bora” była wielka, a najbardziej napierał na niego jeden z najwyższych dowódców AK, który w opinii innego z uczestników odpraw zdradzał objawy uzależnienia od alkoholu.

Klęska i bilans Powstania

Powstańcy odnieśli szereg zwycięstw w potyczkach z Niemcami w pierwszych dniach zrywu. M.in. zdobyli magazyny żywnościowo-mundurowe na Stawkach, zajęli gmach Poczty Głównej, zdobyli obóz koncentracyjny dla Żydów na Woli, uwalniając kilkaset osób. Jednym z największych sukcesów było opanowanie budynku Polskiej Akcyjnej Spółki Telefonicznej (tzw. PAST-y) i wzięcie do niewoli ponad stu żołnierzy niemieckich. Niejednokrotnie powstańcy zwycięsko wychodzili z walk, przebijając się przez okrążające ich siły przeciwnika.

Dysproporcje sił przesądziły jednak o wyniku Powstania. Bilans ofiar był porażający. O ile straty żołnierskie wyniosły około 16 tysięcy zabitych lub zaginionych Powstańców (przy stratach niemieckich szacowanych na kilka do około dziesięć tysięcy), to straty w ludności cywilnej okazały się hekatombą. Szacunki mówią o 150-200 tysiącach zabitych. Ponadto ponad pół miliona mieszkańców (w tym także uczestnicy Powstania) zostało usuniętych z miasta – wywiezionych do innych dystryktów Generalnego Gubernatorstwa, do obozów koncentracyjnych, na pracę przymusową do III Rzeszy, do obozów jenieckich. Miasto zostało dokumentnie zniszczone, obrócone w ruiny. 

Niepołomiczanie w Powstaniu

W warszawskim zrywie wzięło udział co najmniej kilkoro niepołomiczan. 

Strz. Julian Duch ps. „Zabawa”, ur. 19.01.1926 r. w Niepołomicach.

Jako członek AK walczył w Grupie „Północ” (Zgrupowanie „Sienkiewicz”), następnie na odcinku „Kuba”-„Sosna” w batalionie „Gozdawa”. Przeszedł szlak bojowy ze Starego Miasta (Reduta „Bank Polski”) kanałami do Śródmieścia–Północ. Po kapitulacji znalazł się w obozie jenieckim Stalag XI A w Altengrabow (nr jeniecki 47193).

Por. Władysław Janelli ps. „Jarząbek” s. Antoniego i Emilii, ur. 24.05.1899 r. w Niepołomicach. 

Walczył w batalionie „Kiliński” AK, w 6 komp. „Wawer”. Szlak bojowy: Śródmieście–Północ. Brał udział w ostatnim, skutecznym szturmie na „PAST-ę”. Dowodził oddziałem przeciwpożarowym. Jego imponującą postawę opisywali towarzysze broni.

Stanisław Brzosko „Socha”, dowódca 2. kompanii Batalionu „Kiliński”: 

Było szereg prób. [...] Ale akcje na PAST-ę kończyły się zawsze stratami. [...] U nas był komendantem Straży Pożarnej porucznik 'Jarząbek' [Władysław Janelli]. I tak żeśmy zaczęli rozmawiać. Była motopompa [...] Mówimy: 'A jakby do tej motopompy załadować jakiejś takiej mieszanki palnej, jak do butelek, i oblać PAST-ę?'. A on mówi: 'No może by to i wyszło. Tylko trzeba dobrać skład mieszanki, żeby to się paliło, a żeby nie wybuchło w pompie'.

Stefan Orczykowski „Sokół”, kurier w Batalionie „Kiliński”:

[Janelli] najpierw zebrał ropę i benzynę, bo poczta miała bardzo duże zapasy ropy i benzyny, bo Niemcy mieli duży park maszynowy. Wszystko to przeniósł naokoło PAST-y i zrobił pompy, które są do gaszenia na wodę, puścił na ten budynek i zapalili to. Jak się zaczęło palić, to w ten sposób zdobyli budynek PAST-y. 

Ok. 30 sierpnia Janelli stanął na czele kompanii i okazał się bardzo odpowiedzialnym, troszczącym się o ludzi dowódcą. Warto znów oddać głos Stefanowi Orczykowskiemu:

Janelli mnie wypędził, bo powiedziałem mu, że matka jest ranna w nogę, nie może chodzić, bo dostała granatnikiem i całą nogę jej poharatali. [...] mówi: „To idź z matką, zdejmuj orzełka, zdejmuj te opaski, legitymację oddaj”. Zabrał mi legitymację [...]. [Powiedział:] „Nie, nie możesz zabrać tego, bo jakby [...] ciebie gestapo pod kościołem sprawdzało…”. I gestapo pod kościołem nas sprawdzało.

Po upadku Powstania Janelli przebywał w niewoli (od 2.10.1944 r.). Przeszedł obozy jenieckie: Stalag IV B w Mühlberg, Stalag XI A w Altengrabow (nr jeniecki 298351). Zmarł 8.01.1979 r. we Wrocławiu.

Ppor. Ernest Aleksander Sym ps. „dr Tulski” s. Antoniego i Julii z d. Seppi, ur. 14.06.1893 r. w Niepołomicach, gdzie jego ojciec pełnił m.in. funkcję zarządcy lasów i dóbr skarbowych. 

W latach 1920–1921 w Wojsku Polskim w stopniu starszego kanoniera brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej. Przed II wojną światową był profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, następnie Politechniki Gdańskiej i Akademii Medycznej w Gdańsku (Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego). Specjalizował się w biochemii i enzymologii. Od 1940 r. był w Związku Walki Zbrojnej, w latach 1942–1945 w Armii Krajowej. Brał udział w tajnym nauczaniu na Wydziale Farmaceutycznym UW. Prowadził produkcję materiałów wybuchowych i zapalających, paliw, a także toksyn bakteryjnych wykorzystywanych przez AK. Od 8.08.1944 r. uczestniczył w Powstaniu Warszawskim w szeregach Zgrupowania „Krybar”. 5.09.1944 r., wieziony z ludnością cywilną do obozu Durchgangslager 122 w Pruszkowie, uciekł z transportu. Początkowo ukrywał się w Grodzisku Mazowieckim, od grudnia 1944 do stycznia 1945 r. w Iłży. 

Żona prof. Ernesta Syma, Maria z d. Lewińska, także była żołnierzem AK (ps. „Stasia”). Poległa w Powstaniu Warszawskim 6 września 1944 r. Dramatyczne okoliczności śmierci kobiety opisała jej towarzyszka broni.

Maria Uszycka-Jeffery „Patrycja”, łączniczka i sanitariuszka w Zgrupowaniu „Krybar”:

[Ernest Sym] był [...] naszym komendantem i jego żona, Stasia (zaprzyjaźniłyśmy się bardzo), musiała iść na Chmielną, bo były ciągle przebiegi... Mówię: „Tylko bądź bardzo skulona jak idziesz przez barykadę”, bo Niemcy obstrzeliwali z BGK, walili niesamowicie. Potem tanki i „tygrysy”, wszystko waliło w barykadę. Ona na nieszczęście podniosła trochę głowę. Nie wiem, coś tam się stało i dostała kulą w głowę. Musiałam ją zaciągnąć na Chmielną i tam już inni się zajęli, żeby ją pochować. To była straszna tragedia dla mnie.

Jeden z braci Ernesta Syma, Karol Antoni Juliusz (1896–1941), pseudonim „Igo”, przed wojną był gwiazdą polskiej sceny filmowej i teatralnej. W czasie okupacji niemieckiej kolaborant – dyrektor Theater der Stadt Warschau (dla Niemców, ex Teatr Polski). Został zlikwidowany przez grupę bojową ZWZ na podstawie wyroku sądu (kapturowego) Polskiego Państwa Podziemnego za współpracę z Niemcami (podpisał volkslistę i został agentem Gestapo). 

Kolejny brat, Alfred (1894–1973), był żołnierzem I Brygady Legionów, uczestnikiem obrony Lwowa, wojny polsko-ukraińskiej w 1919 i wojny polsko-bolszewickiej w 1920 r. Jako podporucznik 32 pułku piechoty uczestniczył w wojnie obronnej 1939. Komponował muzykę poważną w Polsce i Austrii, był kapelmistrzem Wojska Polskiego. 

Prof. Ernest Sym zginął w wypadku samochodowym 25.08.1950 r. w drodze do Gdańska, w samochodzie prowadzonym przez innego profesora.

 Ppor. AK prof. Ernest Aleksander Sym ps. „Dr Tulski” (1893-1950) 


Plut. podch. Adam Wiśniowski ps. „Tramp” s. Alfreda i Joanny z d. Kolasińskiej, ur. 10.07. 1917 r. w Niepołomicach. 

Służył w III Oddziale (Operacyjno-Szkoleniowym) Komendy Głównej AK, w Wydziale Marynarki Wojennej („Alfa”, „Ostryga”) – w wywiadzie rzecznym. W Powstaniu walczył na Górnym Czerniakowie, w zgrupowaniu „Kryska”, w 2 komp., w plut. „Szczupak”.  11.09.1944 r. został ranny w walce na ulicy Czerniakowskiej pod nr 136. Po upadku Powstania wyszedł z miasta z ludnością cywilną. Zmarł 1.03.1988 r. w Warszawie.

St. sierż. Irena Wyka ps. „Klara”, ur. 15.11.1921 r. w Niepołomicach, zam. z rodziną w Woli Batorskiej. 

Po upadku Powstania została umieszczona w obozie jenieckim Stalag VI C w Oberlanden, następnie w Stalagu XI-B w Fallingbostel (nr jeniecki 141395). Prawdopodobnie zginęła w wypadku w 1945 r. Była poszukiwana przez rodziców („Repatriant” nr 2 [9], Warszawa 1946, s. 16).

St. sierż. Irena Wyka ps. „Klara” (1921-1945), na zbiorowym zdjęciu pierwsza z lewej


Stanisław Ziemba ps. „Antoni”, „Górski” s. Franciszka i Marii, ur. 4.11.1908 r. w Niepołomicach. 

W dwudziestoleciu międzywojennym pracował w katowickiej „Polonii”. Był instruktorem wychowania fizycznego. Po wybuchu II wojny światowej uczestniczył w obronie Warszawy. 12 marca 1940 r. został aresztowany na terenie przygranicznym i przekazany przez Gestapo z Solinki do więzienia w Sanoku. 15 grudnia 1940 r. zbiegł z tamtejszego szpitala. Podczas okupacji prowadził w Krakowie tajne kursy dziennikarskie, był redaktorem „Wiadomości” i „L’Information” – pisma przeznaczonego dla francuskojęzycznych jeńców. Stworzył działające tajnie Zrzeszenie Dziennikarzy Ziem Zachodnich. W Powstaniu Warszawskim jako członek AK został przydzielony do Delegatury Rządu na Kraj. 

W 1945 r. znalazł się na Górnym Śląsku, podejmując pracę dziennikarza. Był założycielem i redaktorem naczelnym „Dziennika Zachodniego” – pisma, które w przyszłości miało okazać się najbardziej popularnym polskim dziennikiem. Zaangażował się w działalność w Stronnictwie Demokratycznym, będąc członkiem jego Zarządu Wojewódzkiego. 18 stycznia 1946 r. został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi. Po odejściu z „DZ” w 1947 r. był redaktorem naczelnym „Sportu i Wczasów”, „Panoramy Śląskiej”, pracował także dla „Trybuny Robotniczej”. W 1960 r. został redaktorem naczelnym pisma „Tygodnik Polski”.

W latach 1957–1961 już jako bezpartyjny sprawował mandat posła na Sejm II kadencji wybranego w okręgu Katowice. Zasiadał w Komisji Spraw Wewnętrznych. Zmarł 25.04.1972 r.

Stanisław Ziemba ps. „Antoni”, „Górski” (1908-1972), żołnierz AK w dyspozycji Delegatury Rządu na Kraj

 

Heroizm Powstańców i wątpliwości 

Przy całej złożoności procesu decyzyjnego można mieć wątpliwości, a także krytycznie oceniać osoby, które podjęły decyzję o wybuchu Powstania. Oczywiście trzeba mieć świadomość tego, że z obecnej perspektywy – i w obliczu dziś posiadanych informacji – łatwiej o taką negatywną konstatację. Trzeba jednak podkreślić i nie można zapomnieć o heroizmie oraz poświęceniu Powstańców, którzy stanęli do nierównej walki z Niemcami. Ich postawa to bezprzykładne bohaterstwo w starciach, które finalnie nie mogły przynieść oczekiwanego rezultatu, tj. wyparcia Niemców ze stolicy. Na początku Polacy zapewne nie zdawali sobie do końca sprawy z realiów, w jakich przyszło im stanąć do walki z okupantem. W miarę upływu czasu pewnie docierała do nich świadomość beznadziejności sytuacji. Mimo to walczyli do końca z wielkim poświęceniem, aż zapadła decyzja o kapitulacji. 

Nasuwa się pytanie: na ile usprawiedliwione było podjęcie ryzyka poniesienia tak wielkiej ofiary, która i tak nie pozwoliła na osiągnięcie celu? Czy Warszawa „musiała spłynąć krwią” (jak głosiło stanowisko jednego z wysokich oficerów w sztabie powstańczym), by jej dramat został dostrzeżony przez ówczesnych wielkich tego świata i ruszył ich sumienie? Czy decydenci mieli prawo szafować tyloma tysiącami ludzkich istnień? Oczywiście nie można było wszystkiego przewidzieć, np. skali okrucieństwa Niemców wobec ludności cywilnej, chociaż okupant już wcześniej pokazywał na co go stać. Z kolei zaniechanie działań przeciw Niemcom z pewnością spowodowałoby potężną krytykę ze strony Stalina – jakoby Armia Krajowa „stała z bronią u nogi”, zamiast wyzwalać Warszawę. Wydaje się, że w ówczesnej sytuacji żadna decyzja nie była dobra. Aczkolwiek, w dążeniu do osiągnięcia celów politycznych powinno się brać pod uwagę i przewidywać koszty każdej decyzji. Decyzje polityczne tak wielkiej wagi powinni podejmować świadomi stanu rzeczy przywódcy. Jak pokazała na wielu przykładach historia, nawet najwyżsi rangą i zasłużeni wojskowi nie zawsze sprawdzają się w roli polityków.      



Wybrane źródła:

https://www.1944.pl/powstancze-biogramy/ 

Miłosz Niewierowicz, Zdobycie PAST-y, https://historia.interia.pl/polska-walczaca/news-zdobycie-past-y,nId,3120673 

Stefan Orczykowski „Sokół” [Archiwum Historii Mówionej], https://www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/stefan-orczykowski,1243.html 

SYM ERNEST ALEKSANDER, profesor Politechniki Gdańskiej i Akademii Medycznej, https://gdansk.gedanopedia.pl/gdansk/?title=SYM_ERNEST_ALEKSANDER,_profesor_Politechniki_Gda%C5%84skiej_i_Akademii_Medycznej 

Maria Uszycka-Jeffery „Patrycja” [Archiwum Historii Mówionej], https://www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/maria-uszycka-jeffery,970.html 






2026/04/17




Bomba w „Pudliszkach”, czyli o przedwojennym sabotażu Abwehry w Staniątkach


Jakie zadanie miał do wykonania w Staniątkach agent o kryptonimie VC 2030 na kilka dni przed wybuchem II wojny światowej? Co kryją niemieckie archiwa przejęte przez amerykańską armię? 


Niemieckie przygotowania do dywersji i sabotażu w Polsce

Od marca 1939 r. Niemcy przygotowywali na terenach Polski działania dywersyjno-sabotażowe oraz bojowe. Miały zostać przeprowadzone w okresie bezpośrednio poprzedzającym napaść Hitlera na nasz kraj, jak i tuż po wybuchu wojny. Za realizację tych zadań odpowiedzialne były przede wszystkim wojskowe służby wywiadowcze (Abwehra) oraz służba bezpieczeństwa (Sicherheitsdienst – SD). 

Do przeprowadzania aktów sabotażu, mających często charakter terrorystyczny (skierowanych na ludność cywilną), angażowano cywilów, w tym odpowiednio przeszkolonych agentów – zarówno obywateli III Rzeszy jak i obywateli polskich narodowości niemieckiej zamieszkałych w II RP. Tworzono z nich grupy bojowe (Kampf-Organisation – KO) i sabotażowe (Sabotage-Organisation – SO). Akcje sabotażowe były działaniami punktowymi, skierowanymi na konkretne obiekty (np. drogi, mosty, szlaki kolejowe, budynki, magazyny) w celu ich zniszczenia lub uszkodzenia oraz miały charakter improwizacyjny.

Grupy SO utworzone przez wrocławską placówkę Abwehry miały zniszczyć w Polsce m.in. piętnaście dworców kolejowych (w tym w Tarnowie), wysadzić jedenaście mostów (m.in. nad Wisłoką koło Dębicy, kolejowy koło Nowego Sącza), tory kolejowe (m.in. w Staniątkach) oraz unieruchomić pięć elektrowni.


Fragment dokumentu placówki Abwehry we Wrocławiu dotyczący składów grup sabotażowych i przydzielonych im zadań. Grupa 3. pod kierownictwem agenta o kryptonimie VC 2030 realizowała zadanie w Staniątkach. Źródło: National Archives and Records Administration (NARA)


Działaniami inspirowanymi przez niemieckie służby wojskowe na terenie m.in. Małopolski kierowała sekcja II (dywersja i sabotaż) wrocławskiej ekspozytury Abwehry – Abwehrstelle im Wehrkreis VIII, czyli placówka Abwehry właściwa miejscowo dla VIII Okręgu Wojskowego Wehrmachtu, odpowiedzialna za bezpieczeństwo militarne prowincji śląskiej oraz terenów czeskich zajętych przez Niemców w 1938 r. 

Celami ataków grup sabotażowych miały być, jak wspomniano wyżej, m.in. obiekty infrastruktury takie jak budynki urzędów, dworce i inne elementy szlaków kolejowych (mosty, wiadukty, tory).  

Z zachowanej dokumentacji archiwalnej Abwehry, przejętej przez armię USA, wynika, że jednym z miejsc wytypowanych do przeprowadzenia akcji sabotażowej były Staniątki, a konkretnie tor kolejowy przebiegający przez miejscowość. Zadanie wysadzenia toru na odcinku Kraków–Bochnia otrzymała grupa SO, którą kierował agent o kryptonimie VC 2030. Nie wiadomo, kto wybrał akurat Staniątki jako miejsce akcji na ww. odcinku szlaku. Być może była to inicjatywa samego kierującego akcją. 

Kim był VC 2030? 

To Ślązak narodowości niemieckiej z polskim obywatelstwem, urodzony 16.12.1914 r. w Zabrzu. Kawaler zamieszkały w Skoczowie, bezrobotny, nie odbywał służby wojskowej. Wiadomo, że posługiwał się językami polskim i niemieckim. Do pracy na rzecz Abwehry został pozyskany najpóźniej w czerwcu 1939 r., do realizacji sprawy nr 1001 o kryptonimie Hammerzeug (młot udarowy). Przydzielono mu kryptonim operacyjny VC 2030 (V oznaczało „V-Mann” – Vertrauensmann, tajny współpracownik, agent). Został przeszkolony do działań sabotażowych przez służby Abwehry we wrocławskim ośrodku szkoleniowym (w dzielnicy Oporów), a następnie sam szkolił członków grup SO. Zajmował się również dystrybucją środków niezbędnych do przeprowadzania akcji dla poszczególnych grup sabotażowych.


Formularz personalny Karla Neumanna, agenta krypt. VC 2030 Abwehry. Źródło: Bundesarchiv


4 czerwca 1939 r. w Agnetendorf (obecnie Jagniątków, dzielnica Jeleniej Góry) oficer Abwehry przeprowadził rozmowę z Karlem Neumanem mającą na celu pozyskanie go do współpracy z Abwehrą, a konkretnie do przeprowadzania akcji dywersyjnych godzących w polską infrastrukturę kolejową. Jak się później okaże, Neumann nieudolnie usiłował wysadzić tor kolejowy na odcinku Kraków-Bochnia, właśnie w Staniątkach. 

Ustalono, że pozyskany do współpracy Ślązak zostanie szefem grupy i będzie miał do dyspozycji trzy osoby, w tym motocyklistę Rudolfa Stegla z Bielska. Wyposażenie grupy miało obejmować: 10 kilogramów materiału wybuchowego (jak się później okazało, był nim trotyl), 15 metrów angielskiego lontu (sznur), 15 zapalników, w tym czasowych, dwa pistolety i 100 sztuk amunicji do nich. Neumann otrzymywał również środki do rozdysponowania na inne grupy sabotażowe. Sygnałami do realizacji aktów terrorystycznych dla poszczególnych grup miały być umówione hasła nadawane przez wrocławską radiostację lub wybuch wojny. Prawdopodobnie szczegółowy dobór techniki i taktyki oraz konkretnego miejsca przeprowadzenia zamachów pozostawiono inwencji kierujących zamachami. 

 


Pismo przewodnie Abwehrstelle im Wehrkreis VIII (placówka Abwehry VIII Okręgu Wojskowego we Wrocławiu) do centrali – Oddziału II Abwehry w Berlinie z załączoną notatką służbową z rozmowy z Neumannem. Źródło: National Archives and Records Administration (NARA)



Notatka służbowa z rozmowy z Neumannem przeprowadzonej 4 czerwca 1939 r., dotyczącej składu jego grupy SO, wyposażenia w środki oraz miejsca przeprowadzenia akcji dywersyjnej. Źródło: National Archives and Records Administration (NARA)


Fiasko akcji VC 2030 w Staniątkach

 Jak zapisał w raporcie z 6 września 1939 r. Karl Neuman, w nocy z 26 na 27 sierpnia 1939 r. wraz z Rudolfem Steglem podłożyli ładunek wybuchowy w Staniątkach. Umieścili go pod szyną toru przebiegającego po wiadukcie kolejowym nad drogą Wieliczka–Niepołomice. Ładunek wybuchowy zaimprowizowano jako bombę zegarową (zastosowano zegarek kieszonkowy uruchamiający zapalnik) w postaci dwóch przerobionych puszek konserwowych firmy „Pudliszki” (wielkopolska firma przetwórstwa owocowo-warzywnego działa od 1920 r., obecnie w grupie H. J. Heinz Company) z umieszczonym w nich trotylem i spłonkami połączonych lontem. Wybuch miał być zainicjowany elektrycznie. Eksplozja miała nastąpić 27 sierpnia o godzinie 9:00. Do detonacji jednak nie doszło. Według Neumanna – z powodu wadliwego zadziałania elektrycznego zapalnika. Według naszej Policji Państwowej – nieprawidłowo podłączone zostały spłonki. Neumann dowiedział się o fiasku przedsięwzięcia kilka dni po fakcie z polskiej prasy. Przeczytał w „Ilustrowanym Kuryerze Codziennym” o odnalezieniu ładunku. 


Tak wyglądały przedwojenne konserwy „Pudliszki” (zdjęcie przedstawia współczesne reprodukcje dawnych etykiet). Źródło: https://frontlinerations.com/ 


Jak doszło do jego ujawnienia? Mówi o tym raport Komendy Wojewódzkiej Policji Państwowej w Krakowie, przesłany do Sztabu Głównego WP. Okazało się, że na „Pudliszki” zwrócił uwagę pracownik kolejowy zamieszkały w Staniątkach przy dzisiejszej ulicy Piłsudskiego, Leon Toroń (znany w okolicy, wzięty muzykant – akordeonista i saksofonista). Toroń przechodził obok miejsca ulokowania bomby 28 sierpnia około godziny 16:10. Powiadomione służby ostatecznie zidentyfikowały „konserwy” jako ładunki wybuchowe. Sprawców nie udało się ująć ani zidentyfikować. 


  


Raport Karla Neumanna dotyczący m.in. nieudanej akcji wysadzenia toru kolejowego w Staniątkach. Źródło: National Archives and Records Administration (NARA)


Akcja bombiarzy Abwehry w Tarnowie

Co się nie udało zamachowcom w Staniątkach, to w Tarnowie odrobili z nawiązką, bo właśnie tu odnieśli jeden z ważniejszych sukcesów w działalności sabotażowej – tragiczny w skutkach dla Polaków. 

Dokonanie zamachu na tarnowskim dworcu kolejowym Neuman zlecił Antoniemu Guzemu z Bielska, któremu na Dworcu Głównym w Krakowie przekazał dwie walizki z umieszczoną w nich zaimprowizowaną bombą zegarową. Guzy przyjechał taksówką z Krakowa do Tarnowa i oddał walizki do dworcowej przechowalni bagażu podręcznego. Mechanizm zegarowy zadziałał (z większym niż zaplanowane opóźnieniem) i bomba eksplodowała 28 sierpnia około 23:15, niszcząc pomieszczenia przechowalni, sąsiadujący z nią dworcowy posterunek policji i restaurację oraz dach nad tymi lokalami i peronem. Bilans ofiar był tragiczny. Zginęły 22 osoby, a ponad 30 zostało rannych. 

Co z zamachowcem? Guzy, oczekujący na połączenie do Krakowa, nie zdążył wsiąść do pociągu, zanim nastąpił wybuch. Podjęta próba ucieczki zdekonspirowała go i został ujęty. Według niemieckiego meldunku drugi zamachowiec został ranny. Jak zeznał w śledztwie Guzy, sygnałem do realizacji zadania w Tarnowie był komunikat podany 24 sierpnia przez wrocławską radiostację (szefowie grup SO mieli odbiorniki) o treści: Meldunek specjalny, dr Funk ma przystąpić do pracy.


Artykuł w „Ilustrowanym Kuryerze Codziennym” z 31 sierpnia 1939 r. o tragicznym w skutkach akcie sabotażu niemieckiego na dworcu kolejowym w Tarnowie, ze wzmianką o ujawnieniu podłożonego ładunku wybuchowego na szlaku Kraków–Kłaj (w Staniątkach). Źródło: old.mbc.malopolska.pl



Niemiecki meldunek dotyczący m.in. zamachu bombowego na dworcu kolejowym w Tarnowie. Źródło: National Archives and Records Administration (NARA)


To tylko dwa akty terrorystyczne w wykonaniu niemieckich grup sabotażowych. W ostatnich dniach sierpnia 1939 r., w ówczesnym województwie krakowskim i Wschodniej Małopolsce przeprowadzono na zlecenie Abwehry całą serię zamachów na szlaki komunikacyjne. Było to ponure preludium do hekatomby, która rozpoczęła się 1 września 1939 r.


Wojciech Wójcik

wojcik.wojciech@interia.eu






Wykorzystując zawarte w postach treści, zdjęcia – proszę o wskazywanie źródła i linku do niniejszej strony

2025/10/31



In pace aeternam vivas
(żyjcie w wiecznym pokoju)


Fotoreportaż z cmentarzy wojennych

W naszej okolicy, gminie Niepołomice, zlokalizowanych jest sześć cmentarzy wojskowych z okresu I wojny światowej, a jeden w pobliskim Brzeziu. 



Cmentarz wojenny nr 324 w Woli Batorskiej. Pochowano tu 13 żołnierzy austriackich (11 zidentyfikowanych). Fot. Wojciech Wójcik, 2025




Cmentarz wojenny nr 325 na Sitowcu w Woli Batorskiej. Pochowanych jest tu 43 (wg dok. 42) żołnierzy poległych w I wojnie światowej – 27 (wg dok. 26) austriackich (14 zidentyfikowanych) i 16 rosyjskich. Fot. Wojciech Wójcik, 2025




Cmentarz wojenny nr 327 na cmentarzu parafialnym w Niepołomicach. Pochowanych jest tu m.in. 66 żołnierzy poległych w I wojnie światowej – 57 austriackich i 9 rosyjskich. Fot. Wojciech Wójcik, 2025 




Do 1927 r. w Niepołomicach przy ulicy Kolejowej był cmentarz wojenny nr 326 (utworzony w 1914 r.), na którym pochowano siedmiu żołnierzy c.k. armii. Szczątki poległych przeniesiono na cmentarz nr 327 w 1927 r., a betonowy krzyż w 2017 r.


Fot. pierwsza z lewej - krzyż na byłym cmentarzu nr 326, przy lipie. Fot. Jerzy Jasonek. W środku krzyż z cmentarza nr 326 na cmentarzu nr 327. Fot. Wojciech Wójcik. Z prawej - lokalizacja byłego cmentarza nr 326 na mapie. 


W Podłężu, przy ulicy Piaski, w miejscu, gdzie na prywatnej posesji stoi figurka Matki Boskiej z Dzieciątkiem, w 1914 r. pochowano sześciu żołnierzy austriackich i jednego rosyjskiego, urządzając później miejsce pochówku jako cmentarz nr 331. Szczątki w latach 30. ub. wieku przeniesiono na cmentarz nr 327 w Niepołomicach.





Z lewej cmentarz  wojenny nr 331 w Podłężu w pierwotnym stanie. Fot. ze strony www.cmentarze.jasonek.pl. Z prawej figurka z 1813 r., która była centralnym punktem cmentarza nr 331. Fot. Wojciech Wójcik, 2025


W Niepołomicach, na cmentarzu żydowskim, przed II wojną światową był pojedynczy grób żołnierza austriackiego pochodzenia mojżeszowego z I wojny światowej, oznaczony jako cmentarz wojenny nr 328. Po zdewastowaniu cmentarza przez hitlerowców położenie mogiły nie jest znane.





Cmentarz wojenny nr 329 na Podborzu w Niepołomicach. Pochowani są tu m.in. żołnierze rosyjscy (8). Fot. Wojciech Wójcik, 2025



Cmentarz wojenny nr 330 w Podłężu. Pochowanych jest tu  trzech żołnierzy rosyjskich i jeden austriacki. Obok grób NN ofiary z II wojny światowej. Fot. Wojciech Wójcik, 2025




Cmentarz wojenny nr 332 na cmentarzu parafialnym w Brzeziu. Groby 15 żołnierzy rosyjskich (5 zidentyfikowanych) i 3 austriackich, poległych w I wojnie światowej. Z pierwotnej architektury pozostały krzyże i widoczne dwa słupki z ogrodzenia. Według inskrypcji na jednej z kwater pochowani są tu również żołnierze narodowości polskiej. Fot. Wojciech Wójcik, 2025





Cmentarz wojenny nr 376 w Suchorabie. W 1917 r. staniątecki konwent ss. benedyktynek na prośbę C. i K. Komendy Wojskowej w Krakowie odstąpił za darmo część lasku suchorabskiego o powierzchni 43 sążni kw. (155 m kw.) na założenie cmentarza wojennego. Pogrzebano na nim ciała 24 żołnierzy austriackich i 14 rosyjskich wydobyte z pojedynczych grobów w okolicy. Fot. Wojciech Wójcik, 2025

Prezentowany materiał zamierzam wykorzystać w książce nt. pobytu Moskali w Staniątkach i okolicy oraz bombardowania klasztoru w grudniu 1914 r.